Narracja postsmoleńska ma się niezmiennie bardzo dobrze, pojawiają się kolejne zaskakujące rewelacje, nowe teorie i stopniowe wygaszanie tych, na które GP już czytelników nie zdobywa... Tym razem nie będę pisał o najnowszej wersji zespołu Macierewicza i Kaczyńskiego, czyli o planowanym wspólnie przez Putina i Tuska zamachu, dwóch wybuchach, które doprowadziły do jego rozbicia czy o zaskakującym porównaniu katastrofy do 9/11 w Nowym Jorku.
Tym razem chciałem wrócić do jednego z pierwszych pytań, stawianych w pierwszym okresie po katastrofie samolotu czyli o ostrzeżeniach systemu TAWS w prezydenckim tupolewie. Ostatnie informacje o tworzeniu profilu psychologicznego ś.p. mjr Protasiuka przez rosyjską prokuraturę jak zwykle doprowadziło do wielkiego oburzenia, z powodu robienia z dowódcy samolotu i reszty załogi głównych winnych tego wypadku. W pisowskiej narracji post smoleńskiej piloci muszą być przecież niewinnymi ofiarami nawet jeśli przeczyłoby to niezaprzeczalnym faktom, znanym już większości społeczeństwa dzięki kolejnym espertyzom i zapisom ostatnich chwil Tu-154M.
Bo cóż mówią te zapisy? Przyjmuję za źródło tych rozważań ostatnią ekspertyzę, czyli tą wykonaną przez krakowski instytut im. Sehna, tą która wg Macierewicza jest tą właściwą i stanowi dowód na to, że nie było ś.p. gen. Błasika w kabinie, a ogłos przesuwających się przedmiotów jest dowodem na te wybuchy w lewym skrzydle jednocześnie negując istnienie uderzenia w brzozę. A mówią one mianowicie nie mniej ni więcej, że piloci feralnego samolotu wielokrotnie i w rażący sposób łamali instukcję latania w tej maszynie i podjęli szereg błędnych decyzji, które doprowadziły do nieudanej, zakończonej zderzeniem z ziemią, próby lądowania samolotu, w warunkach do tego nie sprzyjających. O tym, że była to próba lądowania świadczy szereg komend wydanych przez załogę, które pokazują kolejne fazy przygotowywania samochodu do podejścia, więc teza zwolenników zamachu, że nie planowali lądować już tutaj definitywnie upada. Co jeszcze mówią nam te zapisy? Że wielokrotne, głośne, słyszalne na praktycznie WSZYSTKICH stenogramach rozmów z kabiny, ostrzeżenia: TERREIN AHEAD oraz PULL UP, zostały przez załogę kompletnie zignorowane. Co więcej spokój, który zachowali ignorując te ostrzeżenie jest aż nienaturalny albo był "wkalkulowany" w tą ryzykowną procedurę. I tutaj pojawia się moje pytanie do szerokiego grona "ekspertów" d/s lotnictwa ze strony pisowskich blogerów. Czy takie zachowanie pilotów samolotu jest naturalne? Czy nawet uwzględniając, że lotnisko w Smoleńsku było małe i rzadko używane, kompletne ignorowanie i brak jakiegokolwiek odniesienia się do faktu ich występowania (ŻADNEGO ODNIESIENIA w stenogramach) jest zjawiskiem naturalnym? Czy fakt ignorowania instrumentów pokładowych ostrzegających o niebezpieczeństwie i zbliżającej się ziemii, zwłaszcza w tak trudnych warunkach pogodowych jakie panowały tam 10.04.2010 r. nie świadczą o przesadnej brawurze pilotów 36 specpułku, która jak widać panowała pomiędzy służącymi tam pilotami? Dlaczego żaden z członków załogi nie zareagował i nie uświadomił dowódcy na jak duże ryzyko naraża tak wielu pasażerów samolotu? A jeśli jednak ostrzeżenia systemu TAWS i tak by się odezwały, z powodu braku lotniska na mapie, to czy badany był wątek jak reagowała załoga TU 154M gdy 7.04.2010 r. na tym samym lotnisku lądował premier? Czy wówczas te ostrzeżenia również się pojawiły i czy również zostały w tak (nie)naturalny sposób zignorowane?
Liczę na pomoc w rozwianiu moich wątpliwości. Idzie przecież o PRAWDĘ!



Komentarze
Pokaż komentarze (29)