Nie chodzi bynajmniej o Czerwone Kozactwo albo o Budzionnowców. Autor wspomnień pod tym tytułem, to młody leningradczyk ( 18 lat 1943 roku), który po ukończeniu szkoły kadetów o profilu artyleryjskim, został właśnie w 1943 roku przydzielony do Dywizji Kawalerii Gwardii ( tytuł gwardyjskiej otrzymała za walki pod Stalingradem). Książka, jak większość tego typu wydawnictw rosyjsko/sowieckich, jest kompletnie bezpłciowa tzn stanowi swego rodzaju zbiór migawek i scenek rodzajowych spisanych przez osobę o niezbyt dużej spostrzegawczości lub pamięci. Co ciekawe autor tylko kilkakrotnie i to neutralnie wspomina o partii , co może świadczyć,że te wspomnienia powstały dość późno , w latach 90-tych. Autor z pozycji dowódcy plutonu dział 45mm , a potem ZIS 57 mm opisuje kolejne epizody wojenne jednak bez istotnych szczegółów i bez jakiejś refleksji . Trudno również wyrobić sobie opinię o ciężkości bądź charakterystyce bojów oraz o wysokości strat. Autor dość często przemyka się przez istotne epizody, a rozpisuje o nieistotnych szczegółach. A może taka konwencja była jednak zamierzona. O NKWD wspomniano tylko raz. Tuż przed wkroczeniem do Prus Wschodnich dowódca zebrał wszystkich i powiedział, że towarzyszowi z NKWD dziękujemy już za nadzór, od teraz kontrola nie będzie potrzebna, bo każdy żołnierz będzie postępował w zgodzie ze swoim sumieniem. Zabrzmiało to dość pompatycznie, ale miało na celu powiedzenie,że teraz każdy może się mścić jak mu się podoba. Bot ona, priaklataja Giermania . Dość ciekawe są wzmianki o cywilach niemieckich; dywizja dość długo przebywała na Pomorzu, będąc na przykład obroną przeciwdesantową w okolicach Łeby, w kurorcie, w warunkach dość luksusowych. Generalnie wg autora stosunki te układały się dość sympatycznie. Widać pewną tendencję kobiet niemieckich do przebywania z rosyjskimi oficerami i bycia ich gospodyniami.Nawet sam autor sugeruje,że chodziło o ochronę. Ale gwałtów w książce nie widać.Jemu zaś prawie każda niemiecka gospodyni dawała węzełek z jedzeniem na drogę. Jedzenie to jest jedna z najczęściej opisywanych spraw w tej książce, częściej niż walka. Potwierdza się fakt,że na wojnie sprawy bytowe są bodaj ważniejsze od wroga i bardziej zapadają żołnierzowi w pamięć. Kuriozalny jest przypadek młodego żołnierza niemieckiego, który dostał się do niewoli i był przy baterii do końca wojny, uczestnicząc nawet w walce ze swoimi pobratymcami. Był to prosty człowiek , a autor nie wdawał się w jego motywacje. Ot, zwykła rzecz.
Niestety z książki tej znowu nie dowiedziałem się nic na temat jak widział wojnę i jak przeżył tę wojnę zwykły Rosjanin. A jest to sprawa pasjonująca, co oni sobie tak naprawdę myślą ( myśleli). Rosjanie jako społeczność pozostają zbiorowym Sfinksem.
Mając na uwadze przedwojenne wspomnienia z polskich formacji kawaleryjskich bardzo elitarnych, z dużym rozwarstwienie 'klasowym", z ordynansami i z kodeksem honorowym, dość dziwnie czyta się o "demokratycznej" kawalerii sowieckiej.Można powiedzieć,że istnieje dość zrozumiała różnica,pomiędzy kawaleriami obydwu krajów. Sowieci sięgali raczej do tradycji kozackiej, Polacy pomimo podkreślania demokratycznego charakteru wojska, raczej przejęli fochy od pułków carskiej lejbgwadii .
PS. Można jeszcze dodać,że autor część pierwszej, wojennej zimy przeżył w Leningradzie. A była to własnie ta najcięższa zima. Dramatyzm widać jednak jedynie (oczywiście jesli przyjąc,że wygrzebywanie odpadków ze stołówki z dołów śmietnikowych nie jest dramatyczne) w opisie ewakuacji jego szkoły "drogą po lodzie". Na drugim brzegu było już jedzenie, czekałych kuchnie i tłuste kalorie. Jednak z tego wycieńczenia głodowego pierwsze zgony nastapiły jeszcze na lodzie. Potem podczas podróży pociągiem towarowym do Tomska, zwłoki umierających kadetów i kadry ( wycieńczenia , awitaminozy ) wyciągano na każdej stacji .




Komentarze
Pokaż komentarze (7)