Jan Filip Libicki Jan Filip Libicki
531
BLOG

Zmora Kaczyńskiego

Jan Filip Libicki Jan Filip Libicki Polityka Obserwuj notkę 41

  

Z Jarosławem Kaczyńskim nie sposób się na cokolwiek umówić, bo zawsze może powiedzieć, że aparat PiS się nie zgadza. (…) To jest już dobrze znany chwyt J. Kaczyńskiego - mówi Jackowi Gądkowi będący kiedyś w PiS Jan Filip Libicki (dziś senator PO).
 
PiS-em rządzi Jarosław Kaczyński czy aparat PiS? W końcu prezes PiS odrzucił wynik negocjacji, argumentując, że aparat ich nie akceptuje.
 
Jan Filip Libicki: - Absolutnym władcą i jedynym decydentem w PiS jest sam Jarosław Kaczyński. W tej partii nic nie dzieje się bez jego woli. I inaczej nigdy nie było. Nawet statut PiS jest tak skonstruowany, że niemal wprost daje pełnię władzy prezesowi Kaczyńskiemu.
 
To dlaczego J. Kaczyński mówi - jak relacjonuje Jarosław Gowin - że aparat PiS nie godzi się, na wydawałoby się wynegocjowane już wcześniej warunki porozumienia PiS z Polską Razem Jarosława Gowina i Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry?
 
To jest już dobrze znany chwyt J. Kaczyńskiego.
 
Przypomnę, że na samym początku istnienia PiS było w zasadzie porozumieniem dwóch partii: PiS-u Jarosława i Lecha Kaczyńskich oraz Przymierza Prawicy Kazimierza Michała Ujazdowskiego i Marka Jurka. Kiedy zawierano porozumienie zjednoczeniowe tych partii, to - o ile sobie dobrze przypominam - wynegocjowano równy podział "jedynek' na listach w wyborach 2001 r. - pół na pół. No ale później J. Kaczyński nie zgodził się na wynik wstępnych negocjacji.
 
Bo?
 
Argumentował wtedy tak, że jego aparat partyjny, czyli starzy druhowie z Porozumienia Centrum, się nie godzą. I stanęło - jeśli dobrze pamiętam - na podziale 7 do 3 na korzyść PiS.
 
Owy "aparat PiS", który się nie zgadza, to w Pana ocenie zwyczajny blef?
 
Oczywiście, że tak. Każdy, kto choć trochę zna wewnętrzne funkcjonowanie PiS-u, wie, że żaden aparat nie ma tam nic do powiedzenia. Zupełnie nic.
 
Teraz, gdyby tę sytuację z 2001 r. odnieść do Jarosława Gowina, to te negocjacje będą się odbywać dokładnie tak, że PiS będzie mówiło: - Panie Gowin, my tu w Krakowie jak najbardziej Panu damy miejsce w wyborach do Sejmu, ale już w Białymstoku Pana kolegi Jacka Żalka nie chcą, bo tam się nasz wielce zasłużony poseł Krzysztof Jurgiel nie zgadza. I albo Pan bierzesz tylko miejsce dla siebie, albo Pan zostajesz z niczym.
 
Potem prezes PiS też ten chwyt stosował?
 
Podobnie zresztą było w 2005 r., kiedy to mi dano propozycję objęcia "jedynki" na liście PiS w Poznaniu, ale pod warunkiem, że na liście w ogóle nie znajdzie się mój przyjaciel, także polityczny, Jacek Tomczak. I ja się nie zgodziłem.
 
Z kolei w 2010 r. koledzy z Polski Plus, w której działałem, jak się jednoczyli z PiS, to wyglądało to podobnie jak teraz: kongres zjednoczeniowy odbywał się w sobotę, a panowie do piątku z PP mieli propozycję - albo przychodzicie na kongres i ogłaszacie, że się przyłączanie bez żadnych warunków wstępnych, albo PiS samodzielnie organizuje swój własny kongres. I część poszła. Teraz ten wariant się powtarza z SP i PR.
 
Tak oto wygląda stosowana od lat metoda Jarosława Kaczyńskiego plasterkowania konkurentów politycznych.
 
Gowin i Ziobro wykazali się zatem w negocjacjach naiwnością, czy po prostu nie mieli wyjścia?
 
Wyboru nie mają nadal. A mają tym trudniej, że z J. Kaczyńskim nie sposób się na cokolwiek umówić, bo zawsze może powiedzieć, że aparat PiS się nie zgadza.
 
Jednak  nazwiska Ziobro i Gowin to wciąż niezłe marki w polityce. Trudno byłoby Kaczyńskiemu nimi pogardzić.
 
I właśnie dlatego J. Kaczyński ich chce, ale w takim sensie, że w zamian za poparcie PiS-u Ziobro może startować do Senatu, a Gowin - również gorąco popierając PiS - dostanie miejsce na liście do Sejmu.
 
Żadnych innych szyldów? Tylko PiS?
 
Największą zmorą J. Kaczyńskiego jest każda zorganizowana prawicowa grupa, która mogłaby z PiS-em konkurować. On chce mieć istotne nazwisk, ale już bez żadnych osób towarzyszących. On chce, żeby te nazwiska - Gowin i Ziobro - powiedziały "tak, dokonaliśmy zjednoczenia prawicy", ale sam nie chce za to nic płacić albo bardzo niewiele.
 
Jeśli nie w teraz, to kiedy zjednoczenie z PiS-em stanie się faktem? Czy Kaczyński potnie SP i PR na plasterki?
 
Otoczenie około-PiS-owskie zaczęło mówić, że potrzebne jest porozumienie PiS-u z prawicą nie-PiS-owską. Jako na przykład wskazywano postępowanie Wiktora Orbana na Węgrzech. Ale przecież taki scenariusz jest nie do zaakceptowania przez prezesa PiS, bo - wzorem Orbana - zakładałby względną autonomię podmiotów, z którymi PiS zawierałoby porozumienie. Tymczasem dla J. Kaczyńskiego nie istnieje pojęcie autonomii wobec PiS-u na prawicy.
 
Ale coś jednak trzeba było zrobić ze zjednoczeniowymi nawoływaniami takich publicystów jak Piotr Zaremba i takich mediów jak wPolityce.pl. Więc co robi Kaczyński? Wykonuje ruchy pozorowane, które w ostateczności mają doprowadzić do rozplasterkowania "partnerów na prawicy" i przejęcia samych liderów, czyli Gowina i Ziobrę, którzy mają poprzeć PiS.
 
Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu Onet.pl 12 lipca 2014 roku.
 
Tu polityka zaczyna swój dzień: www.300polityka.pl
 

www.facebook.com/flibicki

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (41)

Inne tematy w dziale Polityka