Zauważyłam coś. Właściwie to nie ja, bo ktoś mądrzejszy i o wiele starszy zauważył to dawno temu. Nazywał się Krzyżanowski i pokazał, że nauka ścisła i humanistyka żyć bez siebie nie mogą. Powiedział, że dzieje świata da się zamknąć w sinusoidzie i od tej pory uczą tego we wszystkich gimnazjach, bo to obrazowe, łatwo zapamiętywalne i dobry skrót myślowy. I tak sobie przeplatał: raz Boga, raz człowieka. Raz Bozia u góry, na górze, na chmurze, a człowiek na dole, na łez padole, a za sto lat odwrotnie. I nawet nie ma z tym nic wspólnego, że słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami. Najogólniej mówiąc, różne stulecia - różne priorytety. Średniowiecze, barok i romantyzm to wiara, a rozum i człowiek to antyk, renesans, no i chyba nasze czasy. Tak w dużym skrócie.
Zeświecczenie Polski w miarę upływu historii przybiera różne formy. W PRL odjeście od kościoła było kierunkiem centralnym. Ale system, jak na ironię, wychował sobie również rzesze wrogów, którzy jeszcze żarliwiej wyznawali to, czego nie wolno. I wydeptywali ścieżkę do kościoła, im bardziej zarastała. Tam urodził się znaczeniowo kontrowersyjny dzisiaj werset o ojczyźnie wolnej, o której wrócenie proszono Pana. Niektórzy, ku oburzeniu reszty, proszą zresztą do dziś.
Jeszcze wcześniej, kiedy Polski na mapie nie było, trwoga wojny kazała zwracać się do Boga, w którego imieniu nie postępował ani Hitler, ani Lenin, ani Stalin, ani inni dyktatorzy. Dyktatorzy uczeni, w pewnym stopniu oświeceni humaniści, którzy pisali sprawnie i skutecznie Dzieła i Mein Kampf. Każąc się zabalsamować dla potomnych uznali kult ciała i człowieka w pierwszeństwie przed Bogiem.
Dziś na wybiegu króluje fundamentalizm. Sezonowa, miejmy nadzieję, moda na to, co radykalne. Im bardziej z brzegu, tym lepiej. Jak pamiętają trochę starsi ode mnie, zawsze była jakaś równowaga, ale tak skrajnego emanowania wiarą lub niewiarą chyba jeszcze Polska nie widziała, nawet, jak zginęła. Najlepsza w tym wszystkim, ku uciesze telegapiów, jest oczywiście bitwa na słowa. Pod szyldem Kropki czy innej Kawy. Modą czasów spod znaku millenium stał się ateizm, równoważony przez ortodoksyjny katolicyzm. Na tapecie nie jest cichy i pokorny chrześcijanin, który nie pcha się do telewizji i nie nuci: ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie, bo jest nudny i małomedialny. Do zjedzenia przez grube ryby takich, czy innych trwających i ruchliwych. Nie wiem, czy dziś jest aż takie zepsucie, żeby wykonywać egzorcyzmy w kierunku opozycji. Żeby bronić krzyża, wiwijając bez czci... samym krzyżem właśnie. Chyba od tego się właśnie zaczęło.
Z wierzących nabija się tym bardziej, im gorzej tę wiarę demonstrują. A zła demonstracja to taka próba nawrócenia kogoś modlitwą w języku nienawiści? To o nich mówi się pogardliwie "katole". Nie katolik. Katol. Tak jak nie kibic, tylko kibol i tak jak nie komunista, a komuch. Ateiści obudzili się jak wulkan. Mają swoje dni i swoich bohaterów, swoje nagrody i swoich proroków. Ścinając Łyszczyńskiego na staromiejskim rynku obrócili ostrze miecza tym, którzy uprawiają nieczysty religijny happening. Tym bardziej radykalni, im bardziej krytykowani. Nie chcą być nawracani na siłę. Nie chcą religii w szkołach i ochrony prawnej uczuć religijnych. Chcą symboli wszystkich wyznań w sali sejmowej i masowego upokarzania księży i zakonnic, których haniebne grzechy na dużą skalę przepływają przez pióra dziennikarzy. Efekt jakby odwrotny.
Hołdując rozumowi, zdeklarowani ateiści nie do końca też pojmują istotę wyznania "katola", której jedną z naczelnych z zasad jest właśnie... nawracanie. Tylko jak popchnąć Najwyższego pod górę sinusoidy, kiedy ciągle stacza się z syzyfowym kamieniem na sam dół? Pchany okładkami tygodników, które pokazują figurę Jezusa powieszonego lub utopionego, żeby bardziej zakpić z krzyża, bo przecież szubienica czy akwarium mało poważnie prezentuje się nad drzwiami domu katolika. Pchany budowaną i paloną tęczą na Placu Zbawiciela. Ale może właśnie o to chodzi, żeby milczeć jak baranek na rzeź prowadzony? O to, że błogosławieni cisi i pokornego serca?
Inne tematy w dziale Społeczeństwo