193
BLOG
Polskie wybory w USA - parada nielegalnych?
Polska prasa podala, ze ilosc glosujacych w USA w wyborach do polskiego Sejmu i Senatu wynosila okolo 40 tysiecy Polakow. Rozumiem, ze byli to turysci odwiedzajacy swoje rodziny w USA lub po prostu Polacy przebywajacy na zasluzonym wypoczynku wakacyjnym w USA. Prawda?... Hehehehe. No coz, poprawnosc polityczna nakazuje taka wlasnie interpretacje statusu Polakow tlumnie napierajacych na polskie punkty wyborcze w USA, jak rowniez, poprawnosc polityczna, przestrzeganie litery prawa w USA i kultura polityczna - w ogole umozliwiaja spektakle tego typu w bialy dzien bez wyciagnania ubocznych konsekwencji. Wiadomo, ze do USA Polacy nie przyjezdzaja ani na wakacje, ani w odwiedziny, tylko do roboty. Jesli zas odwiedziny rzeczywiscie maja miejsce, to sa one zredukowane do molestowania gospodarzy o znalezienie gosciowi pracy. Gospodarz przy tym laskawie zyskuje na tyle pozytywna ocene w oczach goscia, na ile szybko prace potrafi mu "zalatwic". Prace - oczywiscie na czarno, poniewaz prawo amerykanskie zakazuje wizytujacym USA na wizie turystycznej jej podejmowania. Ale co tam! W rozumowaniu przecietnego zjadacza chleba w Polsce, prawo jest po to, zeby je omijac i ten jest zaradny zyciowo, kto to skutecznie robi. Istnieje wiec bardzo wysokie prawdopodobienstwo, ze wiekszosc ustawiajacych sie do polskich urn wyborczych w USA Polakow, to zasiedzieli turysci zarobkowi z wygasla wiza, inaczej mowiac - nielegalni imigranci scigani przez prawo amerykanskie. Prasa podala, ze Polskie urny wyborcze oblegane byly najliczniej mieszkancami takich dzielnic, jak Greenpoint w New York, NY, lub tzw "Jackowo" w Chicago, IL - czyli dzielnic slynacych powszechnie z wysokiej populacji nielegalnych imigrantow z Polski. To samo mowi za siebie. Oczywiscie nie mozna wykluczyc, ze w polskich wyborach uczestniczyli legalnie przebywajacy w USA Polacy, ci ktorzy rzeczywiscie sa turystami, czy tez pracuja legalnie, np. na wizie H2B. Tych jednak mozna policzyc na palcach jednej reki stolarza z dlugoletnia praktyka przy pile tarczowej. Do tej grupy mogli dolaczac rowniez tzw "Isetu-Isetam" (i se tu, i se tam), czyli ci legalni rezydenci USA, ktorzy nie bardzo potrafia odnalezc sie w USA, zyjac faktycznie, lub najczesciej mentalnie, w obu krajach naraz - tu i tam. Prawo amerykanskie nie zakazuje udzialu w obcych wyborach, ale sciga nieudokumentowana rezydencje i nielegalna prace. Tymczasem nielegalni gromadza sie sami zbiorowo w kolejce przed polskimi punktami wyborczymi, wchodzac tym samym dobrowolnie na linie strzalu. Problem jednak w tym, ze jesli funkcjonariusze USCIS (U.S. Citizenship and Immigration Services) probowaliby "zgarnac" jakiegos Isetu-Isetam wmieszanego w tlum nielegalnych, to wtedy zaczynaja sie problemy, poniewaz nastepuje molestowanie osoby niewinnej. Dokumentow tez nie mozna sprawdzac bez podstaw o zlamanie prawa, ktorego Isetu-Isetam nie lamie bedac legalnym rezydentem. Poza tym, co jest najwazniejsze w tej materii, ponad dwustuletnia demokracja nie moze popisywac sie zaklocaniem obcych demokratycznych wyborow. Pod tym plaszczem ochronnym amerykanskiej kultury politycznej i prawozadnosci jestesmy wiec swiadkami parady nielegalnych, w bialy dzien, na amerykanskich ulicach. Przelozmy te sytuacje teoretycznie na polski grunt. Zalozmy, ze istnieje masowa imigracja, nazwijmy ich "Rusincow", do Polski (podobienstwo nazwy nie sugeruje tu zadnej przynaleznosci narodowej). Ludzie ci przyjezdzaja jako turysci na okreslony czas ustalony polska wiza, po czym gubia sie w Polsce i pracuja w niej po 10 lub wiecej lat, bez pozwolenia na prace, odbierajac ja Polakom. W Rusincowie nagle sa wybory i nielegalni Rusincy gromadza sie tlumnie przed swoja ambasada w Warszawie zeby zaglosowac. Rusincy zamierzaja wracac do Rusincowa z walizka zlotowek, wiec nie jest im obojetne kto tam jest u nich na stolku i to pedzi ich do urny wyborczej. Ciekawy jestem, jaka bylaby reakcja organow scigania w Polsce wobec faktu gromadnego zbierania sie nielegalnych w jednym miejscu - jak te kaczki na odstrzal? Oczywiscie sa to tylko teoretyczne dywagacje, jednak nie zapominajmy, ze Polska zmaga sie z budowa demokracji przez zaledwie 17 lat, a praktyka codzienna, szczegolnie w wykonaniu PiSu wskazuje, ze niewiele zmienilo sie w polskiej mentalnosci od czasow komuny. Zaloze sie wiec, ze napewno odbyloby sie klasyczne komunistyczne sprawdzanie dokumentow, no i radiowoz (proszem okazac dokumenciki, proszem zemnom). A ze sprawdzanoby rowniez dokumenty ludziom Bogu ducha winnym, czyli legalnym Rusincom, no to co? W Polsce tzw "wladza" moze sprawdzac dokumenty komu chce, kiedy chce i jak sie jej podoba i nikt jej nie podskoczy. A to jest juz niestety fakt, a nie zadne teoretyczne dywagacje i zaloze sie, ze wiekszosc polskich czytelnikow nie widzi w tym zadnego problemu. Dowody osobiste w Polsce wystawia sie przeciez po to, zeby "wladza" mogla je sobie sprawdzac kiedy zechce. Wracajac do realiow na gruncie amerykanskim, Rzeczpospolita Polska korzysta wiec z powaznych swobod w USA. Interpretacja tego stanu rzeczy po polskiej stronie jest: "ci Jankesi to naiwniacy, bo u nas by to nie przeszlo". Na zasadzie "dac mu palec to zlapie za cala reke", Rzeczpospolita bez wzgledu na rodzaj swojej administracji rzadowej, dodatkowo bezczelnie domaga sie jeszcze zniesienia wiz do USA, aby zasilic rzesze nielegalnych w USA. No ale to temat rzeka na osobny post.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)