Polacy "kochają" i naśladują Amerykę, ale wybiórczo. Podoba im się i naśladują tylko to, co nie sprawia im kłopotów. A kłopoty w Polsce zaczynają się z chwilą okazywania respektu drugiej osobie.
Respektowanie drugiej osoby to również respektowanie jej prawomocnej woli, takiej jak decyzja rezygnacji z obywatelstwa. Zrzeczenia się obywatelstwa amerykańskiego można dokonać podczas jednej wizyty w konsulacie amerykańskim, bez walizki niepotrzebnych papierów i sztucznie stworzonych kłopotów. Natomiast zrzeczenia się obywatelstwa polskiego... czytaj wyżej.
Pojawia się szersze pytanie, skąd bierze się taka olbrzymia przepaść pomiędzy pojmowaniem wolności jednostki w USA i w Polsce? Być może odpowiedzi należy szukać w efektach wpływu komuny na wychowanie obecnego pokolenia, z którego również rekrutuje się obecna administracja polska. Jednak bez względu na genezę, sprawy sprowadzają się do mentalności panującej w Polsce, która jak wiadomo jest odbiciem uwarunkowań społecznych.
W Polsce panuje bowiem chroniczny i nieuleczalny negatywizm, objawiający się tym, że jeden Polak patrzy na drugiego jak na wilka. Negatywizm zmuszający do podejrzeń, że we wszystkich zjawiskach codziennego życia należy przede wszystkim dopatrywać się czegoś złego. Ten jest w Polsce inteligentną osobą wywołującą społeczny podziw, kto potrafi od razu tych negatywów się doszukać. Inni są głupcami, frajerami i naiwniakami. Według takiego stereotypu, Polak (i ostatnio nie tylko Polak) chce drugiemu Polakowi zawsze najpierw podłożyć nogę, przyłożyć mu, oszukać, wykantować. Sytuacja taka zatacza koło jak bumerang i jako swoiste sprzężenie zwrotne uderza rzeczywistymi kantami i świństwami które Polacy wzajemnie sobie sprawiają.
W takiej atmosferze, jednostki na przysłowiowym stołku, wyżej w hierarchii administracyjnej, mają szczególne pole do popisu. "Waaaaadza" jest rozumiana przez nich autokratycznie w naturalny dla nich sposób, a nie jak to powinno być w przypadku administracji państwowej, jako służba podatnikom za ich pieniadze. Jeżeli biurokrata ma możliwości bezkarnego dołożenia petentowi dzięki zwyczajowo i celowo nieprecyzyjnemu polskiemu prawu, to nie zawaha się ani przez chwilę żeby sobie ulżyc. Kłania się tu również etyka zawodowa, która w Polsce po 18 latach wolności ciągle znajduje się w fazie embrionalnej.
Wracając do wątku zrzeczeń w świetle opisanego negatywizmu, jeśli ktoś chce się zrzec obywatelstwa, to w Polsce natychmiast powstaje podejrzenie, że on tak naprawdę to nie chce się tego obywatelstwa zrzec - tylko chce wyrolować administrację panstwowa... Koronnym argumentem jest zawsze to, że to musi być jakiś przestępca, który chce uciec przed odpowiedzialnością karną. Coś tam zbroił, teraz się boi i chce dać nogę. Tymczasem nie ma na świecie takiego kraju, który nie ścigałby przestępstw popełnionych na swoim terytorium. Innymi słowy, odpowiedzialność karna za popełnione przestępstwa w danej jurysdykcji nie jest zależna od aktualnego miejsca zamieszkania, ani od przynależności administracyjnej. To samo z odpowiedzialnością materialną.
Trudno uwierzyć, żeby polskie czynniki administracji państwowej nie zdawały sobie z tego sprawy. Ale jak się żyje w kraju gdzie uniwersalnie w nosie się ma respekt wobec drugiego człowieka, to czemu nie pobawić się w samogratyfikujący autokratyzm, tym bardziej jeśli ma się ku temu odpowiednie narzędzia? Czemu nie pokazać kto tu decyduje i czemu zdrowo nie pognoić petenta? Nic to nie kosztuje, a wręcz przeciwnie, na tłumaczeniach byle papierka przez drogich i jedynie znających obce języki państwowych tłumaczy, oraz na odpisach świstków z trudno dostępnych archiwów, zarobić można nieźle. No a na koniec można sobie jeszcze zrobić duży śmiech i nie udzielić zrzeczenia.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)