2 obserwujących
21 notek
9216 odsłon
  197   0

Jozef Kapustka: Sobre la vida, el amor y la muerte

"Koniec, k...a, koniec ze spacerkami, z trzymaniem się za rączki, k....a, koniec, mówię" - wyrzucił z siebie na dzień dobry Łopata. 

Była 9 rano i  pozostawało to w ścisłym związku  z ogólnym wzburzeniem Łopaty. Zaproponowałem mu kilka szybkich bombek w barze przy wejściu do metra Jussieu. Zaczął nawijać. W miarę jak opróżniał kolejne bombki, jego historia nabierała kształtów aż wreszcie stała się całkiem przejrzysta i zrozumiała.

Logement Łopaty stanowiło osiem metrów kwadratowych bez  okien, bo i tak nie było na co patrzeć. Któregoś dnia wyjął kilka dachówek  i wstawił tam szybę żeby widzieć niebo.   W środku wszystko było pokryte kilkumilimetrową warstwą kurzu, jakby Łopata w ogóle tam nie chodził ani niczego nie dotykał, tylko unosił się w powietrzu.  

Nie zająknął się  jednym  słowem na temat gorącego uczucia, jakie dawno temu połączyło go na krótko z panią Wiesławą, gardienne d'immeuble, a o którym i tak  wszyscy  wiedzieli , bo trudno było nie zauważyć jak nagle pani Wiesława odmłodniała o jakieś 20 lat. 

Ta kobieta o gołębim sercu  miała hopla na punkcie porzuconych złotych rybek, złote rybki były wszędzie, w szklankach, w słoikach, znosili jej te rybki  z całej Ile-de-France chyba. Jedna zupełnie zdechła pływała nawet w kiblu, nijak nie udawało się jej spuścić z wodą, zapewne za cudownym zrządzeniem pęcherza pławnego. A do Łopaty przyplątała  się na wpół oswojona lisica i coś sobie do tych rybek ubzdurała. Wyczułem, ze była przyczyną dla której Łopata całkowicie pani Wiesławie obmierzł. Spytałem tylko, czy próbował mediacji ks. Waldemara, tego od problemów małżeńskich, oczywiście było to bardzo głupie pytanie, bo tak jakbym nie wiedział, że mieli ze sobą na pieńku odkąd ks. Waldemar zapłacił Łopacie kilkoma paczkami przedatowanego jogurtu za podpięcie sieci elektrycznej do słupa w jakimś ośrodku dla bezdomnych. .

Nie spotkałem już więcej Łopaty. Pani Wiesława gdzieś wyjechała. Nie wiem co się stało z rybkami. Lisicę zastrzelili myśliwi.

***

Ludzie z zarośli byli oddzieleni od plaży szosą. Nie używali jej, mieli swoje jakieś tam drogi. Z plaży też nie korzystali. Za to ich psy korzystały. 

Po tsunami ludzie z plaży wmurowali na skałach tabliczki z nazwiskami. Nie było tam nazwisk ludzi z zarośli.

Ludzie z zarośli przychodzili na plażę rano, rozkładali pod drzewami maty, ustawiali kartoniki "Original Thai Massage" i czekali. Ludzie z zarośli byli uśmiechnięci, ludzie z plaży ponurzy. Jedni z drugimi porozumiewali się za pomocą nie mniej i nie więcej tylko dwóch sylab: ma-saa. Trochę nosowy dźwięk ma-saa... ma-saa... delikatnie unosił się w powietrzu .

Psy ludzi z zarośli przychodziły na plażę po południu, kiedy ludzie z zarośli zwijali już maty i zabierali kartoniki. Ludzi z plaży nie interesowały zarośla, nie chodzili tam w ogóle. Używali za to szosy. Czasem dokądś jechali albo skądś przyjeżdżali. Między plażą a zaroślami zawsze snuły się też samochodziki tuk-tuk. Ludzie z plaży ich używali, ludzie z zarośli nie, tak samo jak szosy.

Któregoś dnia  fotografowałem zachód słońca nad Oceanem Indyjskim.  Wokół nie było nikogo, oprócz pary ludzi z zarośli. Para ludzi  z zarośli chyba specjalnie wykombinowała ten moment, bo byli teraz frenetycznie zajęci robieniem sobie selfies na tle srebrnego morza. Strzeliłem im kilka fotek jego aparatem. Wymieniliśmy się uśmiechami a potem oni poszli.

Ja też poszedłem.

***

Miasto po drugiej stronie muru wyglądało jak z jakiegoś średniowiecznego włoskiego fresku. Po drugiej, to znaczy nie po tej samej, po której mieszkał Chełmicki. Pięło się nagle w górę, jeżyło przybudówkami, przybudóweczkami, w dół spoglądały tysiące pustych okien.

Ludzi nie było widać, ale Chełmicki wiedział, że ktoś tam mieszka, bo często w nocy, w dzień też ale częściej w nocy, zza muru słychać było takie jakby pacnięcia.

Jak później ustalił Chełmicki, do miasta za murem prowadziło kilka takich przejść w tym murze. Ludzie wchodzili i wychodzili, wyglądało to tak, jakby przechodzili między różnymi wymiarami, jak na jakimś "Stargate" czy czymś w tym rodzaju. Pacnięcia nie robiły na nich żadnego wrażenia, byli maksymalnie spokojni. Wyglądali też na szczęśliwych, ale instynkt podpowiadał Chełmickiemu, żeby dał sobie spokój z przechodzeniem między wymiarami, bo pacnięcie będzie ostatnia rzeczą jaką usłyszy w życiu.

Chełmicki nie wiedział po co tu przyjechał w ogóle. Przesiadywał całymi dniami na Arpoadorze między Copacabaną i Ipanemą i próbował na siłę nadać jakiś sens swojej obecności. Kupy się to wszystko za bardzo nie trzymało. Potem jak już patrzył z samolotu na rozświetlone nocne miasto to nagle nabrał całkowitej pewności, że chciałby do niego jeszcze kiedyś wrócić.

***

Pan Wacek był szychą starej daty, taką prawdziwą. 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości