Józef Brynkus
Wasze sprawy są moimi!
7 obserwujących
327 notek
227k odsłon
  989   0

Paradoks dezubekizacyjnej ustawy

Fot. Stowarzyszenie Patriotyczne im. Księdza Adolfa Chojnackiego
Fot. Stowarzyszenie Patriotyczne im. Księdza Adolfa Chojnackiego

Gdyby moi znajomi ze studiów, z okresu strajków na uczelni na przełomie listopada/grudnia 1981 roku i w Nowej Hucie 13-15 grudnia 1981 roku, potem powielania i kolportowania ulotek na studiach, a także uczestnictwa w antykomunistycznych manifestacjach w latach 1982-1986, a wreszcie i działacze partyjni z naszej uczelni, którzy uważali, że ta moja przeszłość, mimo ewidentnych moich kompetencji i osiągnięć na studiach, kwestionuje możliwość mojego zatrudnienia na uczelni, to pewnie byliby co najmniej zdziwieni, że staję w obronie esbeka. Dlaczego tak się dzieje?

Od października 2017 r. weszła w życie ustawa z 16 grudnia 2016 roku, nazywana powszechnie ustawą dezubekizacyjną. W rzeczywistości nosi znacznie bardziej skomplikowany i długi tytuł „o zmianie ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Więziennej oraz ich rodzin”.

Miała być aktem sprawiedliwości, a w przypadku przedstawianym poniżej, sprawiedliwość jest jednak nieco ślepa…

Ustawa ta jest aktem głęboko słusznym z moralnego punktu widzenia i żałować trzeba jedynie, że wprowadzona została o wiele lat za późno. Jest też ewidentnie sprawiedliwa ze względu na uprzywilejowanie ubeków/esbeków „przy kasie” oraz przy wyliczaniu ich emerytur. Wie coś na ten temat obecny burmistrz Wadowic Mateusz Klinowski wnuk ubeka/esbeka Józefa Klinowskiego. Ten Józef Klinowski w listopadzie 1986 roku – czyli w okresie podobno – jak niektórzy twierdzą – chylenia się ku upadkowi komuny, złożył wniosek do resortowego organu emerytalnego, by okres lat 1951-1956 zaliczyć mu podwójnie do emerytury, bo wtedy walczył z podziemiem antykomunistycznym, które we wniosku określa jako bandy. Takich przypadków było znacznie więcej. I nie było to jedyne uprzywilejowanie ubeków/esbeków.

Stąd ewidentna była konieczność naprawienia wieloletniego zaniechania i przynajmniej częściowego zrekompensowania poczucia społecznej krzywdy, związanego z wieloletnim pobieraniem przez byłych funkcjonariuszy komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, naliczanych w sposób uprzywilejowany świadczeń emerytalnych i rentowych z tytułu działalności przeciwko Polsce i Polakom w okresie Polski Ludowej. Jedynie wieloletniemu sprawowaniu rządów w Polsce przez spadkobierców dealu „okrągłego stołu” zawdzięczają oni, że mogli owe nienależne apanaże pobierać tak długo.

Za realizację ustawy w odniesieniu do byłych esbeków odpowiada Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, który wdraża ją w życie przez odnośne decyzje Zakładu Emerytalno-Rentowego. I jak dość powszechnie wiadomo, decyzje owe dotknęły byłych funkcjonariuszy UB/SB i innych organów aparatu represji Polski Ludowej dosyć radykalnie i powszechnie. Można by rzec – chwała ministrowi.

W tej beczce miodu przywracania poczucia sprawiedliwości jest jednak łyżka dziegciu, która może podważyć idee, na której opierali się ustawodawcy. Trzeba bowiem zauważyć, że były wśród funkcjonariuszy SB wyjątki – naprawdę wyjątki – , które ze względów formalnych i moralnych oraz idei przyświecającej uchwaleniu wspomnianej ustawy, nie powinny być wrzucane do jednego worka ze swoimi byłymi kolegami. Specjalnie w tym celu ustawodawcy stworzyli możliwość pewnych rozróżnień i odstępstw od stosowania przepisów ustawy. Do chwili obecnej nie wiadomo jednak, czy wobec kogokolwiek je zastosowano?

Chodzi o bardzo nieliczną grupę, a właściwie policzalną na palcach jednej ręki w skali całej Polski, grupkę tych funkcjonariuszy SB, którzy w pewnym momencie służby zreflektowali się na tyle, aby dostrzec podłość swojego postępowania i podjęli działania na korzyść prześladowanych – niekiedy przez nich samych – walczących o niepodległość Polski ludzi z antykomunistycznej opozycji, czy też po prostu podjęli z nimi współpracę.

Znane są nazwiska kapitana Adama Hodysza, szeregowego Piotra Siedlińskiego czy młodszego chorążego Kazimierza Sulki. Ze wspomnień ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego wiadomo także o jednej funkcjonariuszce SB, która będąc jego szkolną koleżanką, prywatnie uprzedziła go o prowadzonej wobec niego inwigilacji i zagrożeniu zamachem. Nie wiem, czy znanych jest więcej podobnych osób i zdarzeń? Jeżeli nawet, to ile/ilu? Jeżeli nawet policzyć je/ich można nie na palcach jednej ręki, to niewątpliwie najwyżej na palcach obu rąk. Nie powinna zatem tak nieliczna grupa byłych funkcjonariuszy stanowić obciążenia dla budżetu państwa i resortu i nie ma potrzeby odbierania im tego, na co swoimi postawami zasłużyli.

Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka