29 obserwujących
451 notek
347k odsłon
  1211   0

Jak rozpracowałem operacyjnie szajkę złodziei rowerów

Były to dni gorącego lata we Wrocławiu. Z mojej pracy biurowej wychodziłem wówczas często nieco przed piątą po południu, a chwilę po piątej mijałem Pewien Ważny Urząd. Ta regularność czasowa okaże się jeszcze istotna.

Jako że w Ważnym Urzędzie pracowały w tamtym czasie Nasze Miłe Koleżanki, wpadaliśmy tam czasem z żoną i córą na fajrant. Rower zapinałem przed wejściem na specjalnym stojaku w nadziei, że przez taką chwilkę nic złego się nie zdarzy. A jednak dnia feralnego byłem o niego jakoś niespokojny. Był to kilkuletni, dobrej klasy trekingowy Author, wypróbowany wcześniej gruntownie na szlakach podszczecińskich Gór Bukowych (na południu kraju nazywanie takich pasm pagórów "górami" nikogo jakoś nie śmieszy). Podobało mi się w nim to, że miał stalową ramę z cieńkich, ładnie profilowanych rurek: dla mnie to estetyczniejsze i milsze w jeździe (elastyczność!), niż standardowe obecnie, grube ramy aluminiowe. W końcu wyszedłem pierwszy, nie czekając aż towarzystwo się zbierze - i roweru już nie zastałem. Bardzo nieprzyjemne uczucie; zaraz zadzwoniłem na policję, która kazała do siebie przyjechać i zgłosić sprawę. Co też zrobiłem, raczej bez poczucia, że czynię coś niosącego nadzieję na ozdyskanie roweru.

W następnych dniach przekazaliśmy policji fragment filmu z kamery nadzorującej wejście do obiektu (dzięki uprzejmości ochroniarzy mam i taką pamiątkę). Widać było młodego facia, który podszedł do roweru i sobie go po prostu wziął (przeciął stalową linkę bardzo sprawnie - nie było szans, by wzbudził podejrzenie) - i na nim odjechał. Wraz z nim odjechał z parkingu przed budynkiem biały samochód dostawczy...

Ze 2 czy 3 dni później znów przejeżdżałem obok Urzędu, tym razem na rowerze żony. Godzina - znów parę minut po piątej. I co widzę? Biały furgon właśnie odjeżdża, tym razem bez towarzyszącego mu roweru. Jeśli to oni, to tym razem nie trafiła się okazja - pomyślałem sobie, i rozpoczęłem pościg. Samochód znikał mi z oczu, ale po jakimś czasie doganiałem go na światłach. Przejechałem za nim niezły kawałek miasta, aż w końcu przepadli - dojechałem do rozjazdów i nie wiedziałem, gdzie się skierować. Jednak miejsce było specyficzne; jadąc przez most zobaczyłem moją zgubę - na następnym moście. Od razu domyśliłem się, dokąd pojedzie - w miejsce, gdzie w pewnym podwórzu jest kilka interesów rowerowych... I nie myliłem się: po dojechaniu na miejsce zobaczyłem mój furgon, łatwy do rozpoznania choćby po tym, że miał rzadko już spotykane czarne tablice. Wjechałem w głąb podwórza, gdzie stały samochody i kręcili sie ludzie (tam jest kilka różnych interesów, hurtowni itp.), gdzie zdążyłem jeszcze odbyć rozmowę telefoniczną (kolega zadzwonił). Wyjeżdżając z powrotem na ulicę zobaczyłem przepiękną scenę: młody, nieco ryżawy mężczyzna zmieniał w ściganym wcześniej przeze mnie samochodzie tablice rejestracyjne. Przyprawił białe, pewnie te prawdziwe - czarne musiały być ich złodziejskim rekwizytem. Widziałem też, do którego sklepu rowerowego wchodził ów młody człowiek. Szajka była wystawiona jak na patelni - tylko jechać na policję!

Policja jednak była chyba niezadowolona z tych zeznań. Funkcjonariusz, z którym rozmawiałem, wydawał się nawet lekko drwiący; patrzył ma mnie jak na żałosnego naiwniaka który myśli, że uda mu się odzyskać rowerek (takie właśnie miałem wrażenie od samego początku). Ostatecznie całe moje opowiadanie było na darmo, bo funkcjonariusz sprawy nie prowadzi, nie jego kompetencje - zostałem umówiony z policjantką, która wszystko spisała i powiedziała, że sprawę przekaże "kryminalnym", bo jej wygląda na to, że tu już można założyć obserwację, albo i zasadzkę, pod tym Urzędem.

Finał jest dokładnie taki, jak się spodziewamy: przyszedł do mnie pocztą świstek informujący o umorzeniu sprawy. Widać okazała się nierozwiązywalna - a szajka pewnie mało szkodliwa. W końcu to tylko rowery.

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale