Po angielsku, który jest "muszkarską łaciną", zwie się tę dyscyplinę flytying - czyli dosłownie "wiązanie much". Jest to całkiem niezłe określenie, ponieważ wszelkie klasyczne muchy (suche, mokre, klasyczne nimfy i streamery) się "wiąże" - mocując materiały na trzonku haka nawojami nici wiodącej i zakańczając te czynności węzłem, wykonywanym przy pomocy prostego urządzenia zwanego wiązadełkiem (finisher). W powszechnym użyciu jest też określenie "kręcenie much" - gdyż materiały wiąże się do umieszczonego w specjalnym imadełku haka nieustannie kręcąc nawijarką wokół powstającej muchy. Nawija się w ten sposób całe metry, a z biegiem lat może nawet kilometry nici. Spotkania "krętackie", odbywane w kameralnym gronie, przy szklaneczce wina, przy kominku lub latem przy daczy, mają swój specjalny smaczek, który warto poznać, choćby w roli świadka.
Jak porządne zdanie ma podmiot i orzeczenie, tak klasyczna mucha ma co najmniej dwa podstawowe elementy: tułowik (body; w bardziej zaawansowanych imitacjach "owadzich" wyróżnimy abdomen i thorax) i jeżynkę (hackle; o wzorach bezjeżynkowych na razie nie mówimy). Analogia ze zdaniem jest głębsza, niż się wydaje: części mowy nie są po prostu skleconymi słowami, wiążą je relacje, zdanie należy zbudować zgodnie z pewnymi zasadami (odpowiadającymi struktrze języka). Podobnie mucha nie jest li tylko wiązką piórek i sierści, lecz konstrukcją, która musi w pewien sposób zadziałać (np. mucha sucha musi pływać po powierzchni, a mokra ładnie iść przez wodę, nie okręcając się wokół własnej osi). Ponadto musi swoim obrysem, kolorem i zachowaniem w wodzie przemówić do ryby, tj. albo stworzyć sugestię (tak się to określa) naturalnego pokarmu danej ryby, albo pobudzić ją do brania w inny sposób (np. poprzez wzbudzenie agresji lub ciekawości). Przywykłem do myślenia o muchach i ich kręceniu właśnie w ten sposób - jako o rodzaju pisma czy mowy. Być może to zresztą efekt mojej prastarej fascynacji chemią (nawet zdobyłem wykształcenie technologa) - badaniami nad reakcjami i związkami różnych pierwiastków (w przypadku much - materiałów, głównie pochodzenia zwierzęcego, sierściowo-pierzastego), które, wyrażone w postaci równań chemicznych, też są jakimś językiem. Wystarczy zresztą przejrzeć wędkarskie pudełka z muchami by dostrzec natychmiast podobieństwo tej czynności do czytania: pudełka kolegów czytam jak teksty. Gdy wysłałem żonie link do jakiegoś konkursu "flytyerskiego", w którym brałem udział, natychmiast i bez pudła rozpoznała moje muchy (oczywiście niepodpisane - personalia "krętaczy" ujawnia się po rozstrzygnięciu konkursu) - nie, żeby jakoś wnikliwie oglądała moje muchy i znała ich styl - po prostu wystarczy, że zna mnie i mój styl myślenia. To widać także w rysunku, artykule, dowcipie. Najwyraźniem mam właściwości specyficzne i łatwo rozpoznawalne.
Jak wspomniałem, podstawa to tułów i jeżynka. Pierwsze pojęcie raczej nie budzi wątpliwości: tułów to nawinięta na hak, odpowiednio wyprofilowana materia w postaci bądź to wiązki włókien (np. jedwab - trudny i szlachetny materiał!), bądź przędzy ze skręconej w nici wiodącej, mielonej sierści (tzw. dubbing - być może najrozleglejszy, i mój ulubiony, wątek w "krętactwie"), bądź jeszcze czegoś innego (np. rafii - świetnej na duże jętki; miękkiej stosiny pióra szyjnego koguta - piękny efekt w muchach suchych; specjalnych syntetyków; albo szczególnie często w imitujących rybki streamerach czy prostych wzorach łososiowych - metalicznie połyskującej lamety mylarowej). Taki tułowik dodatkowo przewijamy drucikiem lub żyłką w celu wzmocnienia. Jeżynka zaś to rodzaj kołnierzyka utworzonego przez nawinięcie z przodu muchy małego piórka, osobliwie kurzego lub koguciego (z szyi).
W przypadku suchej muchy, jeżynka wykonana jest praktycznie zawsze z koguta, który ma sztywne, nie chłonące wody promienie pozbawione podbicia puchowego. Poprawnie wykonana jeżynka (prawidłowo nawinięta, z zachowaniem odpowiednich proporcji) zapewnia suchej muszce nienaganną pływalność. Specjalne wzory na rwącą wodę, z bardzo gęstą jeżynką z koguta, są niemal niezatapialne. Dodatkowo sucha mucha ma zwykle skrzydełka - w przypadku jętki zwykle sterczące do góry, co czyni je użytecznymi zwłaszcza dla wędkarza (mucha jest dobrze widoczna), a w przypadku chruścika (drugi podstawowy owad muszkarzy) - płasko po tułowiu. Przy tym w przypadku chruścika skrzydełka mogą pełnić rolę wypornościową, jeśli wykonamy je z takich materiałów, jak zimowa sierść sarny czy słynne piórka cdc ("kacza dupa") - oba pływają jak korek, takie muchy nie potrzebują wręcz jeżynki.
No właśnie, jeżynki. W przypadku much mokrych używamy generalnie piór miękkich, takich jak kurze szyjne. Bardzo cenione są tu pióra o promieniach dwubarwnych, nakrapianych i centkowanych, takie jak słonka, pardwa czy kuropatwa (o, tak!) - oparte są na nich liczne, i bardzo łowne, klasyczne wzory much mokrych (szczególnie szkockie wzory zwane Northern Country Spiders). Przy tym ważne jest, by jeżynka tworzyła rodzaj łagodnej, miękkiej parasolki, proporcjonalnej do długości tułowia i samego haka: miękkie promienie pracują w wodzie jak żywy owad. Takie najprostsze, mokre muchy, złożone wyłącznie z tyłowika i jeżynki, to spiders (pajączki - u nas: mokre bezskrzydłe, lub "spajderki"). Te muszki są proste i często zabójczo skuteczne, ale oczywiście warto pokombinować i ze skrzydełkami - a prawidłowe wykonanie klasycznych skrzydełek z pasm promieni piór (zazwyczaj odpowiednio spoistych lotek lub sterówek) należy do zadań najtrudniejszych, i oczywiście tego zrobić nie umiem. Jednak jest to trochę sztuka dla sztuki - muchom użytkowym, robionym wyłącznie do łowienia (a nie pokazowo) najlepiej dorabiać skrzydełka z pęczka promieni (zwł. zabójcze tzw. mallard - ciemniejsze, drobno centkowane pióra krzyżówki), z małych piórek lub z jakiejś sierści (ogon wiwiórki, centkowany włos zająca).
Obok tułowia, jeżynki i skrzydełek, mamy jeszcze parę innych podstawowych elementów: ogonek (przy jętkach zawsze - najczęściej promień pióra szyjnego koguta, ale dobry też włos piżmaka - mój pomysł autorski, choć pewnie powielany niezależnie na całym świecie), wspomniana przewijka tułowia (szczególnie efektowna w wykonaniu z tłoczonej lub owalnej lamety - na muchach łososiowych), główka (przeważnie i najklasyczniej - z czarnej nici wiodącej, pokryta szelakiem - ale może mieć żarówiasty kolor, albo można dołożyć koralik). Prawdziwy barok i hipertrofię elementów mamy w przypadku klasycznych much łososiowych, tzw. full dress ("pełny ubiór"): dochodzą końcówki, tarczki i skuwki (często wiązane także w streamerach i dużych mokrych muchach), policzki, różki, jeżynki tułowia, zwieńczenia (toppingi) i co tam jeszcze. Przepych klasycznej muchy łososiowej dochodzi do granicy czytelności i wręcz niedorzeczności - i jest bardzo trudny do opanowania. Nie jest łatwo wybrnąć z tego gąszczu materiałów i elementów tak, aby ostatecznie osiągnąć zgrabną, czytelną formę. Nie do wiary, ale na takie bajecznie kolorowe, fantazyjne muchy łowiono niegdyś łososie - dziś kręci się je pokazowo, jest to rodzaj sztuki, a nie praktycznego rzemiosła, którym jest "regularne" kręcenie much do łowienia.
Skoro traktujemy muchy jako wytwór kultury, rodzaj tekstu - zatrzymajmy się nad tymi full dressami. Jednych one zachwycają, innych odstręczają (raczej należę do tych drugich). Bez wątpienia moglibyśmy je opisać jako wytwór dziewiętnastowiecznej kultury lordowsko-kolonialnej. Są miniaturowymi obrazkami zdobyczy imperium - przepych barw i form nie byłby możliwy bez dostępu do egzotycznych materiałów, konkretnie do bajecznie ubarwionych ptasich piór. Złożoność konstrukcji i wielość elementów, ze ścisłymi nakazami dotyczącymi sposobu ich wiązania i proporcji, to z kolei świat wiążących, wielopiętrowych form i konwenansów, które są co prawda piekielnie trudne i męczące do opanowania, ale za to zapewniają, że wszystko będzie correct i na poziomie.
Mówiliśmy jednak, że te full dressy to dziś niemal wyłącznie pokazówka, sztuka dla sztuki, forma zgłębiania i oddania hołdu tradycji, a także sposób opanowywania najsubtelniejszych tajników wiązania much - swoiste ćwiczenie kunsztu i cierpliwości. A co zostało z nich w zwykłym "kręceniu", w muchach użytkowych? Po pierwsze - uproszczone, ale w ogólnym zarysie podobne do full dressów - użytkowe muchy trociowe i łososiowe w tysiącach wzorów i wariantów (sam wymyśliłem kilka fajnych, nawet miałem na nie brania na Inie i Parsęcie). Po drugie, szczególnie ważne - klasyczne haki łososiowe, należące do dziedzictwa ludzkości na równi choćby z kunsztowną uprzężą czy łukiem ludów stepowych. Harmonia i piękno proporcji haka do much łososiowych stawia go ponad wszelkimi innymi hakami, wśród których nie brakuje przecież wzorów niezwykle udanych, o szczególnie ładnej linii. Mucha zbudowana na haku łososiowym, choćby zaledwie poprawnie - łososiowa, streamer czy tylko duża mokra - zawsze wygląda znakomicie. Prawdą jest stare powiedzenie, że to hak zdobi muchę. I last but not least - rzecz już wspomniana: wiele elementów much łososiowych, jak i materiały z których je wykonywano, weszło na stałę do katalogu elementów i materiałów stosowanych powszechnie, bez których nie ma nowoczesnego krętactwa (choćby policzki z jungle cock albo elementy i akcenty z piór bażanta złocistego).
Dodajmy jeszcze jedno: jak łatwo się domyślić, przejście od kolonialnego przepychu angielskich full dresów do prostych, użytkowych wzorów, mających jednak w full dressach swe korzenie, zbiegło się w czasie ze schyłkiem imperium brytyjskiego i zapowiedzią potęgi Ameryki. To wędkarze z Ameryki obalali najchętniej mordercze kanony i konwenanse, zachowując z dawnych form to, co się sprawdza w praktyce. U nich o wyborze rozwiązań decyduje ich użyteczność, praktyczność. Reszta świata właśnie od nich się tego uczyła. (Choć obok wszystkiego istniały też zawsze proste, np. ludowe, czy skansdynawskie, muchy na łososia - i również w nich ma swe korzenie wiele współczesnych wzorów.)
CDN.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)