Dziadek S. miał oczywiście i do ryb szczególną żyłkę i szczęscie. Jeśli wziąć całkiem na poważnie pewne jego opowieści i relacje, to jest on zapoznanym zdobywcą kilku rekordów krajowych - ot, choćby okonia i klenia. Zapoznanym, bo żadnych rekordów nie zgłaszał - zapewne nie znał ani oficjalnych rekordów Polski, ani nawet tzw. norm medalowych (które ja przekroczyłem bodaj trzykrotnie: jaziem, pstrągiem i szczupakiem, wszystko na spinning).
Kleń miał być złowiony na niesłychanie wówczas rybnej rzece Płoni, za mostkiem w Jezierzycach. Porównując wspomnienie tamtego miejsca z dzieciństwa z jego stanem dzisiejszym, mógłbym uronić łzę nad upadkiem tak sielankowego zakątka. A wyobrażenie sobie tego miejsca w latach 50-tych, gdy rzekami płynęło parokrotnie tyle wody, i gdy wszędzie wypasano gęsi i bydło - po prostu przekracza wyobraźnię, i to nie tylko moją, ale wyobraźnię w ogóle. Dziś już nikt nie jest sobie tego w stanie wyobrazić, z wyjątkiem tych, którzy to pamiętają. A pomyśleć, że mimo wszystko Płonia aż do dziś jest szczególnie piękną rzeką!
Dziadek S. prześladował klenie z rzeki Płoni na rozmaite sposoby - choćby łowiąc je na chleb ugniatany w kulki, którym najpierw zawsze trochę podnęcił. Gdy miejscowi takie dokarmianie podpatrzyli, to nakarmili klenie kulkami chleba z ukrytymi w nich zagiętymi szpilkami - niemal wszystkie okoliczne klenie przez to padły, a dziarska ludność zebrała je na starej węgorni, gdzie się zatrzymały.
Znakomitą okazją do połowienia kleni był oczywiście okres lotów chrabąszczy - brały nie tylko na żywego chrabąszcza, ale także na mały korek traktowany jak smużący woblerek powierzchniowy - tak jest, dziadek S. łowił tak w czasach, gdy mało kto śnił o woblerach, zwłaszcza kleniowych! Szczególnie aktywne były także podczas rójki dużej jętki, i dziadek S. i z niej skwapliwie korzystał.
Wracając do tego rekordowego klenia: padł za wspomnianym mostkiem i, co ciekawe, przynętę wziął z dna - a były nią dwa chrabąszcze na dużym, kutym haku. Co się po tym braniu działo, jest nie do opisania, sam dziadek S. nawet nie próbował podźwignąć tego tematu - a gawędziarzem był znakomitym. O holu swojego największego karpia wyraził się w ten sposób: od momentu zacięcia ryby, do chwili jej zlądowania na brzegu - czas jakby nie istniał. Zapewne podobnie było z tym kleniem. Podobno miał ponad siedem kilo - niestety nie zachowało się żadne zdjęcie. Nie podejrzewam jednek dziadka S. o fałszerwstwo - on mógł to i owo podbarwić, ale nie zmyśliłby sobie rozmiarów ryby...
Za to w przypadku okonia zachowało się nawet zdjęcie - jego młoda wówczas żona trzyma pięknego garbusa w zimowej scenerii. Okoń został złowiony z pod lodu na jez. Głebokim w Szczecinie, gdzieś w latach 50-tych. Miał grubo ponad pół metra i był niezwykle, wybitnie spasiony - to właśnie każe wnioskować, że niemal na pewno byłby rekordem krajowym w tamtych czasach, gdyby tylko go zgłosić.
Historia tego okonia zyskała po 50 latach zabawną puentę. Gawędziłem sobie przez internet z młodym wędkarzem szczecińskim, mieszkańcem dzielnicy Podjuchy. Od słowa do słowa, wyszło skądś przypadkiem, że jego dziadek pomagał w latach swej młodości w wyjęciu wielkiego okonia podlodowego z jeziora Głębokiego. Pomoc taka bywa przydatna, a nawet nieodzowna w przypadku, gdy konieczne jest poszerzenie przerębla. Dziadek S. wspominał, że uzyskał pomoc od jakiegoś młodego żołnierza, który był pod wielkim wrażeniem tej ryby. Pod tak wielkim, że aż jego wnukowie o niej opowiadają - bo wszystkie możliwe do odtworzenia dane się zgadzały. Dziadek S. tylko się na to uśmiechnął.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)