Premier Tusk podczas konwencji wyborczej namalował takie o to życzenie, aby nigdy polska flaga nie powiewała nad ruinami. Odegrał to z wielkim przejęciem i takim aktorskim zacięciem, że o mało nie zmiótł mikrofonu. Ten fragment wystąpienia wykonał brawurowo. Ni to z męską agresją, ni to babską histerią, od której to mieszanki pacyfistkom szybciej krąży krew.
Zaraz potem minister Rostowski jak natchniony na forum europejskim wieszczy wojnę. Mimo próśb unijnej dyplomacji o szczególnie ostrożne wyrażanie się w czasie trudnym dla strefy euro. Podpiera się przy tym Rostowski opinią tajemniczego polskiego polityka i szefa jednego z banków. Stawiam na expremiera Bieleckiego. Ten zawsze wyglądał i gadał, jakby przed chwilą ktoś na niego huknął.
Lęk jest głównym paliwem dla wyborczej maszynerii PO. Pod garniturami i garsonkami kryją się upaprane drelichy pompiarzy strachu. Tej obezwładniającej mazi, która odbiera rozum i zalewa oczy, a którą platforma wydobywa w ilościach imponujących i dostarcza zawsze w terminie. Zapotrzebowanie jest praktycznie nieograniczone.
Wymieńmy dla przykładu tylko kilka różnorodnych źródełek lęku, tych całkiem zrozumiałych i tych fantastycznych. Zagrożenie biedą, zagrożenie lustracją, zagrożenie skarbówką, zagrożenie szalonym frankiem, faszyzmem, Sybirem, stosami dla czarownic z genre studies, terroryzmem, święconą wodą na tęczowych opętańców, kibicami, islamem, kondominium, dopalaczami, efektem cieplarnianym, wigilijnym opłatkiem. Dla każdego propaganda znajdzie coś na miarę jego i swoich potrzeb.
Wystarczy lęk ukierunkować i tłoczyć pod ciśnieniem jak ze strażackiej armatki. Motywuje wyborców lepiej od kiełbasy a la Komorowski. W poprzednich kampaniach PO straszyło wprost powrotem PiSu do władzy. Długo pracowano nad uczynieniem z opozycji antynomii spokoju. Kaczyński po wygranych wyborach samorządowym miał niezwłocznie wyruszyć na wschód. Zapewne na czele armii gminnych urzędników, bo dzięki PO innej armii już nie mamy.
Dziennikarze zadawali PiSowi jedno pytanie, na które chyba rzeczywiście oczekiwali odpowiedzi “Co to będzie, co to będzie, jak Rosja nie przestanie olewać naszych próśb? Wojna?!” PiS mówił w takich razach o potrzebie odwołania się do społeczności międzynarodowej. Sikorski nie odpowiadał wcale, bo tego pytania na wszelki wypadek mu nie zadawano.
Ruiny z występu Tuska są prostą widokówką, która ilustruje nie tak dawno wygłoszone przez niego z trybuny sejmowej zdanie: “lepiej poznać prawdę i mieć pokój, niż nie poznać i mieć wojnę”. Tym razem rządowy tekściarz wzniósł się na wyżyny kunsztu fechtowania zaprzeczeniem. W obrazowym opisie słówko “nie” po prostu znika. Zostają ruiny i polska flaga, którą kolaboranci na wszelki wypadek od razu zamieniliby na białą. Jaki pożytek z białej szmaty nad ruinami, wiedzą tylko oni.
Rostowski mniej wizualnie, za to znaczeniowo maszeruje zdecydowannie dalej. Straszy wojną. Wojną samą w sobie. Wojną, która ma wybuchnąć na kontynencie europejskim, trudno powiedzieć między kim a kim – Rostowski tego nie precyzuje, bo i po co, niedookreślone zagrożenie jest bardziej niepokojące. Tylko czekać, a pojawi się w amerykańskiej prasie ogłoszenie: Zieloną wyspę w UE na zieloną kartę w US zamienię. Vincent.
PO w poszukiwaniu antidotum na trwałe poparcie dla PiS dotarło już do najgłębszego pokładu wyborczego paliwa. Głębiej jest tylko koniec świata. W armagedon w Polsce mało kto by uwierzył, przecież ani razu się nam nie przydarzył. A wojny niestety owszem.
Jaki pożytek ma PO ze straszenia PiSem, tłumaczyć nie trzeba. Jaki chciałoby wyciągnąć z lęku przed wojną? W niepewnym czasie wzrasta wartość świętego spokoju czyli tego towaru, który - według głównonurtowych dystrybutorów emocji - platforma oferuje od chwili swego poczęcia: Wybierz święty spokój - normalność dostaniesz za pół ceny, zaś rozsądek gratis! W sytuacji zewnętrznego zagrożenia autorytet władzy wzrasta, jaka ta władza by nie była.
Jeśli te rozważania nad lękową strategią wyborczą rządu są pozbawione podstaw, to Tusk odwoła Rostowskiego za zdemolowanie urzędowego optymizmu, którym mieliśmy w trakcie naszej prezydencji obdarzyć Europę. Wątpię, aby Rostowskiemu przez myśl przeszło obawiać się jakiejkolwiek kary ze strony Tuska. Pamiętam żachnięcie się premiera na wtopę Wajdy o zaprzyjaźnionych telewizjach. Natomiast wojnę, wówczas jedynie polsko-polską, która się wypsła z ust autorytetu autorytetów, przełknął premier bez obrzydzenia.
Dla wzbudzenie uczuć potrzebna jest wiarygodność. Trudno znaleźć uzasadnienie dla zbliżającej się śródeuropejskiego konfliktu militarnego w faktach. W dotychczasowej propagandzie jeszcze trudniej. Z Niemcami i Rosją, zdaniem rządu, mamy stosunki najlepsze od setek lat. Europa to kraina miłujących się państw, które dosłownie rozpływają się ze szczęścia w słodyczach ponadnarodowej biurokracji. Zostaje więc prawda osobistych emocji naszej dwugłowej premierowsko-ministerialnej Kasandry.
Vincent do dziś zdawał się zasiadać w pozycji lotosu na kwiecistym dywanie, pod który zamiótł dziurę budżetową. Oj, niepewne to oparcie, ale całkiem solidne w porównaniu z sytuacją Donalda Pełna Odpowiedzialność Tuska.
Jeśli odrzucimy zasłonę swoich i nie swoich lęków, to jasno ujrzymy co najmniej trzy sprawy, które dotyczą całego narodu, a za które mogą trafić przed trybunał stanu: zgoda na niesprawiedliwie narzucone kwoty CO2, umowa gazowa, śledztwo smoleńskie. Mają się czego bać, łatwo jest im wczuć się w rolę wystraszonych, więc są w niej niezwykle przekonujący.
Odpowiedź na wojenną propagandę nie jest łatwa, za to jest sprawdzona:
nie lękajmy się.




Komentarze
Pokaż komentarze (13)