W zeszłym tygodniu Coryllus zwrócił uwagę na dziwną wypowiedź Szostkiewicza, która zdaje się być całkiem jawną pochwałą tajności i to nie tylko w kontekście sekretnych więzień CIA, ale w ogóle. Znalazłem, oto ona w całej okazałości:
Państwo powinno mieć swoje tajemnice. Nawet państwo demokratyczne, a może przede wszystkim państwo demokratyczne, bo w odróżnieniu od autorytarnego, czy totalitarnego, państwo demokratyczne powinno naprawdę starać się dbać o bezpieczeństwo własnych struktur, a w konsekwencji o bezpieczeństwo swoich obywateli.
Słowa te przez obecnych w studiu tokfm kolegów Szostkiewicza (bo przecież nie naszych) zostały przyjęte bez szemrania. Mamy więc nową mądrość etapu: Demokrata nie tylko powinien, ale powinien częściej niż Satrapa korzystać z trucizny i sztyletu. A jak Demokrata zostanie na tym procederze przyłapany, to nadusi pstryczek Szostkiewiczowi, a ten już nam wszelkie wątpliwości zamieni w confetti.
Gorbaczowowska głasnost, którą złośliwie przypomniał Coryllus, byłaby więc straszną zbrodnią przeciw ludzkości. Świat mógł nam wypięknieć w oczach, a władcy autorytarni cudownie zdemokratycznieć, gdyby tylko częściej ten i ów poddany zapodziewał się im w niewyjaśnionych okolicznościach. Wszystkich więc Demokratów należy zachęcać do tajnych porozumień, ma się rozumieć w celu ochrony demokratycznych struktur niejawnych. No bo przecież to o tym mówi Szostkiewicz. Wystarczy, że te struktury zapewnią pana Szostkiewicza (bo przecież nie nas), że tak tyrają tylko dla naszego dobra.
Do szatkownicy Szostkiewicza w poniedziałek dołączył ze swoją zdezelowaną sieczkarnią Skalski. Posłuchajmy:
Czy cel uświęcił te środki? Nie. Po prostu, dla świętego celu użyto nieświętych środków.
Niech nie wie … prawica…
… ten lekko poprzestawiany cytat z Kazania na Górze, według świętego Mateusza, pokazuje, że nawet taka wartość jak jawność, otwartość miewa swoje granice.
Na początek Skalskiemu przytaknijmy. No tak. Zasada, jakoby cel uświęcał środki, jest zasadą fałszywą. Zatrzymajmy się na tym przez chwilę. Rzecz jest ważna, szczególnie że w obronie dobrego imienia dawnych jezuitów nie możemy chyba liczyć na wielebnego Mądla. Więc chcąc niechcąc, opowiedzmy jak umiemy.
Otóż od wieków powtarzana jest plota, według której jezuici propagowali stosowanie niemoralnych metod w osiąganiu zbożnego celu. Kościół Katolicki w tym i Towarzystwo Jezusowe jednoznacznie uważa, że środki moralnie złe pozostają złe niezależnie od intencji i że nic dobrego z nich nie wynika. Jak ktoś ma dowody na to, że jezuici nauczali inaczej, to może się łatwo wzbogacić. O. Roh obwieścił w 1852 roku „1-o Jeśliby ktokolwiek prawnemu wydziałowi Uniw. w Heidelberdzie lub w Bonn, przedstawił książkę, napisaną przez jezuitę, a zawierającą zdaniem fakultetu tę ohydną zasadę: cel uświęca środki, (w tych lub równoznacznych wyrazach), natenczas zobowiązuję się podług wskazówek rzeczonego fakultetu wypłacić okazicielowi takiej książki 1000 złotych reńskich. 2-o Kto zaś przeciwnie, dowodu przezemnie wskazanego nie złożywszy, tę haniebną zasadę słowem lub piórem przypisywać będzie zakonowi jezuitów, ten jest bez czci i wiary potwarcą.”
Wróćmy do Skalskiego, który w śródtytule bierze cytat z Ewangelii i tak go sprytnie przycina i w takim kontekście umieszcza, że wynika z niego, iż Jezus nie miał nic przeciw tajniakom, katom i skrytobójcom. Panie Skalski, no jak tak można? Przecież nawet najgłupsi wiedzą, że słowa Jezusa dotyczą stylu przeprowadzania akcji charytatywnych i o wiele łatwiej niż do pochwały tajniactwa, zastosuje je można do obnośnego handlu pogańskimi odpustami, jaki uprawia WOŚP. „ Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa...” Co się objaśnia prosto i całkiem jawnie, żeby publicznie nie afiszować się, ani nawet w duchu nie nasładzać swoją dobroczynnością, bo zasługa w niebiesiech przepadnie. Można wierzyć, można nie, ale uprawiać kłamliwego sieczkobrzęctwa nie wypada.
Parę zdań dalej Skalski zabiera głos na temat prawdy - „Prawda bowiem nie zawsze oswobadza. Niekiedy może zabić. Dosłownie.”To są ważne słowa, bo przecież nie często dziś się zdarza, aby ktoś publicznie sygerował, że coś takiego jak prawda w ogóle istnieje. Wypada więc się cieszyć. Ale mam też problem, bo nie wiem, czy szanowny redaktor tylko szydzi z ważnych dla nas słów, czy po prostu nas (bo przecież nie ich) ostrzega. Jeśli ostrzega zbyt rozmownych polityków i nazbyt dociekliwych dziennikarzy, to powinien dla wzmocnienia perswazyjnego efektu wspomnieć, że o pobycie talibów w Klewkach pierwszy wypaplał Lepper i to nie w Klewkach, ale z mównicy sejmowej. Któż to wie, może nie mógł znieść grzechu wydania słusznej demokratycznej tajemnicy i tak go dusiło na sumieniu, aż się powiesił?
Pojedynczą pochwałę tajniactwa można byłoby puścić mimo uszu. Ale gdy dwóch, a z Paradowską to nawet troje znanych publicystów, gada takie rzeczy, to warto przynajmniej ten fakt odnotować. Jesteśmy krajem doświadczonym przez tajne porozumienia. Tajny układ w Rapallo doprowadził dwadzieścia lat później do tajnego układ Ribbentrop-Mołotow, który doprowadził do zbrodni w Katyniu, której Angole nie chcieli rozgłaszać, aby łatwiej dogadać się za naszymi plecami z Sowietami, żeby ci już jawnie mogli nas odgrodzić żelazną kurtyną. Ktoś powie, że dawno to było. Ktoś inny doda, że powinniśmy się uczyć od najlepszych. Ale ja bym jednak wolał, żeby choć negocjacje gazowe nie były okryte mgłą niedomówień, bo w wyniku tych lepszych - utajnionych - płacimy więcej niż wszyscy sąsiedzi. Nie wiem do czego doprowadzi ustawowe ograniczenie dostępu opinii publicznej do dokumentów państwowych. Ale spodziewam się, że odpowiednie struktury państwowe w porę oddadzą Szostkiewicza i Skalskiego do serwisu, bo zapowiada się huk roboty przy produkcji confetti. Karnawał demokracji po prostu.
Co do ewentualnej odpowiedzialności Siemiątkowskiego i Millera. Jeśli zgodzili się na te tajne katownie, to popełnili gruby błąd teologiczny, bo jak chce Davila, to właśnie z błędów teologicznych bierze się każdy błąd polityczny. Chciałbym więc wiedzieć, po co to zrobiliśmy i jaki święty cel usiłowaliśmy tymi środkami osiągnąć i czy choć na krok zbliżyliśmy się do tego celu. Bo tego, że narobiliśmy sobie wstydu u części przyjaciół, daliśmy argumenty wrogom i jednocześnie wystawiliśmy się na zemstę wariatów, nikt nikomu nie musi objaśniać. Jeszcze jedno. Ciekawi mnie, czy Szostkiewicz i Skalski tak samo troszczyliby się o demokratyczne sekreciki niewinne, gdyby na czele komisji do spraw służb specjalnych, tak jak nakazuje dobry obyczaj, stał dzisiaj poseł opozycji Macierewicz?
Nasz (bo przecież nie ich) kolega Coryllus ujmuje węzłowy problem jawności krótko: albo władza jest święta albo tajna. I to jest wielce inspirujące rozróżnienie.




Komentarze
Pokaż komentarze (25)