... albo z wiatrakami. Innej możliwości nie ma. Wiatraki odstawmy pod Puck, bo tam nieźle dmucha i załóżmy, że naprawdę jest tak, jak ludzie mówią - Polska opanowana jest przez ludzi służb. Których jest mniejszość, ale postępują i sprytnie i bezwzględnie, więc większość daje się trzymać pod butem lub robić w wała. I nie ma Eska racji, gdy twierdzi, że ludziom po prostu taka rzecz w pale się nie mieści. Mieści się, mieści. To, że władze robią ich w balona jest dla nich równie oczywiste, jak to, że po kraju grasuje seryjny samobójca. Równie dobrze moglibyśmy obrażać pojemność czaszek Włochów, zarzucając im, że nie mieściła się w nich myśl o istnieniu mafii.
Każda władza jest od tego, żeby robić lud w balona, a te samobójstwa to może i zło, ale dotyczą tylko członków tej sitwy zwanej władzą lub mafią, jeden pies, więc nie ma czym się przejmować. Ludziom nie mieści się tylko jedna rzecz: że może być inaczej. Więc leją na wybory, a to już uzasadniają różniście, zależy co tam jeszcze każdemu z nich po głowie chodzi.
Mi na przykład chodzi po głowie taka myśl, że ta bierność nie jest kwestią braku zdolności do odruchów heroicznych. Bierność bierze się z beznadziei i szczególnie zaawansowanego mistrzostwa w sztuce godzenia się ze światem, w którym Spartanie są po to, żeby rządzić, a heloci po to, żeby rządy te w cichość znosić. Takie wyobrażenie o wiecznym porządku świata to pogańska zaraza, albo poważna dysfunkcja cywilizacyjna. Niech sobie każdy wybierze zależnie od tego czy wierzący, czy nie. I idźmy dalej, obejrzeć sobie cywilizację spartańską, bo lubimy hollywoodzki rozmach.
Nie żebym był w stanie coś tu szczególnie mądrego objawić, po prostu przeglądam „Wojnę i Cywilizację” Arnolda Toynbee’go. W skrócie było tak. Spartanie podbili Messeńczyków, a że Messeńczyków było więcej, to Spartanie musieli znaleźć sposób, aby trzymać ich za gardło. I znaleźli, proszę sobie wyobrazić. Nazywa się ten wynalazek „system Likurga” i polega na doskonałym zmilitaryzowaniu Spartan. Było to możliwe nie dlatego, że cnoty rozwijane przez Spartan są złe. Wprost przeciwnie: odwaga, dyscyplina, zdolność do poświęceń są piękne. Tylko że służyły Złemu, albo jak kto woli przemocy wobec bezbronnych. Czyli zwyczajnie jak to w gangu, czyli w syssytii.
[...] dwa ostatnie lata edukacji, przed dojściem do wieku męskiego – krytyczne lata, decydujące bardziej niż poprzednie o szansach kooptacji do syssytii – chłopiec spędzał zapewne w szeregach „wywiadu”. Organizacja ta nie była niczym więcej niż oficjalną „szajką morderców” patrolującą terytorium Lakonii. Za dnia członkowie jej szukali ukrycia, natomiast nocą krążyli niby prawdziwe negotium perambulans in tenebris, aby pozbyć się każdego pośród helotów, który zdradzał objawy krnąbrności lub może po prostu cechy silnego charakteru czy nieprzeciętnych zdolności.
Tak mówi Toynbee, a jeszcze bardziej malowniczo ujmuje to Krzysztof Kęciek: Spartiaci ciemiężyli helotów bez miłosierdzia - wykształcili cały system wyzyskiwania i upokarzania poddanych. Heloci zlewali się potem na polach swych panów, musieli nosić ośmieszające stroje, byli systematycznie chłostani tylko po to, aby nie zapomnieli, że są niewolnikami. Spartiaci upijali ich na ucztach i zmuszali do śpiewania sprośnych pieśni - patrząc na upodlenie helotów, "bohaterowie" znad Eurotasu pielęgnowali swoje poczucie wyższości.
(tutaj przerwijmy bo myślę, że nie tylko o sprośność chodzi - jak wyglądały te imprezki możemy sobie wyobrazić na przykładzie scenki z Psów, w której to pijani spartańce śpiewają piosenkę o Janku Wiśniewskim)
Co roku Sparta oficjalnie wypowiadała wojnę helotom, aby, bez ściągania na siebie gniewu bogów, wymordować najniebezpieczniejszych spośród nich. Spartańscy młodzieńcy w czasie makabrycznych obrzędów inicjacyjnych (krypteje) polowali na helotów jak dzikie wilki.
Tak właśnie było w okresie powojennego terroru, ciągnącej się latami zbrodni inicjacyjnej, kiedy nie tylko niszczono resztki państwa podziemnego, ale również kogo i co popadnie. Na przykład na Podlasiu zdarzało się spartańcom w czasie rewizji rozbierać chłopom chałupy. Te oficjalne wypowiedzenia wojen, to nic innego jak prowokacje - preteksty po prostu, aby w sposób miły spartackim bogom poczynić kolejne ofiary z ludzkiego życia. Jedna z najgłośniejszych wojen naszych spartańców nazywała się nawet stan wojenny, żeby już nikt nie miał wątpliwości, a w szczególności sami spartańce, że spartactwo jest sobie wierne.
Toynbee mówi, że cywilizacja spartańska odwróciła się od życia, od świata. Weźmy pieniądze, bo to konkret. Aby odizolować "system likurga" wprowadzono własną monetę - żelazną. Poza Spartą nie miała żadnej wartości - zupełnie jak te prl-owskie blaszki z orłem bez korony. Ale świat istnieje i życie kwitnie, więc niejeden Spartanin został przyłapany na posiadaniu ateński sówek, czyli solidnych i niekorodujących pieniędzy ze złota. Zupełnie jak za komuny, gdy handel dolarami i złotem szedł pełną parą i na skalę międzynarodową ograniczoną jedynie reglamentacją paszportów. Cinkciarze nagabywali przechodniów niewiele mniej dyskretnie od wróżących Cyganek. Kto pamięta, ten pamięta, a komu się wydaje, że handel powstał wraz z allegro to jest zwyczajnie informacyjnie upośledzony.
Na krótko przystańmy przy spartańskiej kulturze. Na krótko, bo nie ma czegoś takiego jak kultura spartańska. Z chwilą przyjęcia "systemu Likurga" Spartanie odebrali sobie jakąkolwiek zdolność uprawiania sztuk, poza musztrą. No bo czy za sztukę można uznać utwory opiewające trud UBeka? Przecież nawet UBek się od tego musiał porzygać. Nasi spartańce tak samo jak trudnili się cinkciarstwem, tak samo pozwalali umajać ten swój ponury gmach dziełami spoza kręgu koszarowego, czyniąc z niego najweselszy barak obozu. Żadna w tym ich zasługa, to po prostu życie, bowiem sztuka z życia wynika, jak trel wynika ze słowika. Obojętne czy siedzi w bzach, czy na drucie kolczastym.
Zajmijmy się konsekwencjami polityki spartańców. Spartańcy, jeśli wierzyć założeniu z pierwszego akapitu naszych rozważań, ukryli się po prostu, aby nie ponosić odpowiedzialności i zapewnić swoim dzieciom trochę więcej z życia, niż to nico, które mógł im dać "system Likurga". Mentalnie nie zmienili się ani na jotę, ponieważ tak już jest, że niedaleko padają jabłka od jabłoni, szczególnie gdy cherlawa. Mamy więc dziedziców spartańców - najdosłowniej - tylko poprzebieranych w różne kostiumy, jak na dziecinnym balu gwiazdkowym w garnizonowej kantynie. Poplotkujemy więc trochę opierając się na informacjach jakie pojawiały się w internecie. Pierwsza pierwsza dama - Jolanta Kwaśniewska - córka oficera, ostatnia pierwsza dama - Anna Komorowska - córka pracowników ministerstwa bezpieczeństwa. Ciekawe, że na tak eksponowane stanowiska spartańcy wysyłają kobiety - to też jest element starożytnej spartańskiej szkoły - w potrzebie Spartanki stawały ramię w ramię. Dobierzmy do pary dwóch równie znanych panów. Jurek Owsiak o swoim ojcu powiedział "był wysoko postawionym milicjantem" i Kuba Wojewódzki, którego ojciec był prokuratorem.
Jeśli się mylę, proszę poprawiać. A jeśli się nie mylę, to żeby nie było, że się czepiam niekulturalnie i oczekuję, że oni wyprą się swoich rodziców. Życie jest życie. Myślę sobie jednak, że nie kieruje nimi życiowe przykazanie "czcij ojca swego i matkę swoją", ani nawet pęd do kariery - którą świetnie dwóch spartańców robiących w kulturze rozwinęłoby na legendzie buntu wobec domu, z którego wyszli, kto wie, może nawet na eksport by się im udało wypromować. Świat lubi proste legendy. Niestety nic takiego nie będzie miało miejsca, ponieważ spartaniec po prostemu nie potrafi, a najgorsze, że nie wie nic o odpowiedzialności.
Spartańcem kieruje lojalność, podsycana strachem. Pamiętacie te kawałki z Dziennika prezentujące Solidarność jako uzbrojoną bandę terrorystów, albo szaleńczą karierę wierszyka "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". To podtrzymywacze strachu, takie same jak straszenie oczami Macierewicza. Więc pamiętajcie, że gdy tamci się boją, to nie jest wcale dla nas dobrze. Jan Paweł II mówił nie tylko do nas: Nie lękajcie się!
Spartańce mają wiele powodów do strachu. Nie tylko do tego ludzkiego strachu przed wstydem albo zemstą wroga, na który cierpią heloci. Jest jeszcze lęk przed wywaleniem z syssytii szczególnie tej mentalnej, urojonej, która ma niewyraźne granice, więc strach się ruszyć, aby nie wleźć na wopistę. Najpierw spartańce musieliby się po prostu nawrócić lub - jak kto niewierzący - stanąć w prawdzie. Mieliby wtedy szansę na wielkość. Naprawdę. Zupełnie jak Danuta Wałęsa, która opisała swoje życie i te wygrane z totka przynoszone przez jej męża. Jej łatwiej po prostu, bo to helotka. Dokooptowana przez przypadek. Zdarzało się, że i starożytni idealni Spartanie byli zmuszeni uzupełniać braki w kadrze helotami.
Lojalność i strach przed jej złamaniem jest podstawą syssyti, jak zresztą każdej instytucji, czy to dobrej czy to złej. Tyle że syssytia - ten spartański gang - nie potrafi nic więcej niż być lojalnym. Taka to już reguła spartolona. W szczególności nie potrafi wziąć odpowiedzialności za życie i ten kawałek świata, jaki sam pcha się im w ręce. Nawet gdy trafia się okazja. Nawet gdyby go świat o to prosił. Nawet gdy spartańca zaproszą na salony europejskie, nic tam nie zrobi, ani dla siebie ani dla helotów. Po prostu dlatego, że od życia i od świata wzorcowy Spartanin zawsze się odwracał. Taka to już tożsamość Spartanina. Spartaniec natomiast co najwyżej zajmie się dystrybucją paciorków i robieniem debila z podwładnego Paciorka, bo inaczej nie umie, inaczej nie byłby sobą. A bycie sobą to najważniejsza rzecz na świecie, prawda, panie Owsiak?
Toynbee mówi, że Grecy skłonni byli oddać Spartanom przewodnictwo w Helladzie, tyle że Spartanie nie potrafili wziąć tego na swoje barki, bowiem te wyrobione na siłowni bary służą do dźwigania zbroi i łupów, a nie czegoś takiego jak odpowiedzialność. "System Likurga" wymaga ofiar od biedaków ten system podtrzymujących, ofiar do cna bezsensownych, służących tylko podtrzymaniu samej reguły. Są to ofiary straszne, i ponoszone nawet wtedy, kiedy widać, że już się wszystko rypło. Podtrzymanie fikcji kosztuje.
Kiedy będziecie widzieć tę nieuzasadnioną histerię, jaką co i raz prezentują dzieci spartańców, przywołajcie sobie taki kawałek Toynbee'ego:
W swoim czasie "system Likurga" zachował pierwotny obrzęd związany z kultem urodzaju, a polegający na smaganiu chłopców przed ołtarzem Artemidy Orthii. Obrzęd ten okrutny, lecz celowy jako próba wytrzymałości na ból fizyczny, zwyrodniał za dni Plutarcha [który widział to na własne oczy] do sadystycznej potworności, gdyż chłopców przywodzono do stanu histerii, pod wpływem której pozwalali się zachłostać na śmierć.
A jakby ktoś chciał wiedzieć, co z Messeńczykami, to uprzejmie donoszę, że wygrali dzięki znajomości historii. Dlatego że oni historię swoich losów znali, zaś Spartanie nie bardzo, bo egzystują jak potrafią - tu i teraz. Sąd cesarza Tyberiusza przyznał Messeńczykom rację i akurat tę świątynię, od której podobno zaczęła się całe wieki wcześniej wojna między nimi a Spartą. Nam nie trzeba tak długo czekać, bowiem stoją naprzeciw nas nie wzorcowi Spartanie, tylko ich bardzo późne wnuki i o niczym innym nie marzą, tylko o tym żeby wreszcie odetchnąć (no chyba że normalność nie mieści się w im głowie). Nie lękajcie się.
A może to tylko wiatraki, a wtedy w ogóle nie ma o czym gadać. Właściwie to byłoby o czym, ale o tym kiedy indziej.




Komentarze
Pokaż komentarze (37)