Chłopcy z supermikrofonami kierunkowymi i kamerami, czatujący w krzakach i nagrywający słynne, zakrapiane spotkanie, z którego największą karierę medialną zrobiły potem przechwałki Hofmana, nie pojawili się tam z jego powodu i mieli najprawdopodobniej tyle wspólnego z dziennikarzami "Wprost", co ci dziennikarze z prawdziwym dziennikarstwem.
Im raczej na pewno chodziło o innego uczestnika tego spotkania, Tomasza Kaczmarka, który taką "osłonę kontrwywiadowczą" ma co najmniej od 2008 r., a od lipca tego roku pewnie w krzakach obok miejsca, w którym zbiera grzyby, trwa regularna bitwa o jak najlepsze miejsca.
To, że nasze obecne władze ignorują zarzut zdrady szefa jednej ze służb specjalnych raczej nie dziwi. W końcu przyznają w ten sposób, że nie ma takiego poziomu bezpieczeństwa Polski, do jakiego Rosja nie może mieć teraz dostępu.
Zwłaszcza do szczegółów współpracy Polski z serdecznym przyjacielem Putina w Białym Domu.
Ważna i godna zapamiętania deklaracja, tym razem przez zaniechanie.
I choć prawdą może być i to, że sami Rosjanie mogą na takie, stopniowe oswajanie, dzięki przeciekom, Polaczków z rosyjską (choćby udawaną i wyolbrzymianą) wszechmocą dawać przyzwolenie, lub wręcz je inspirować, to przecież przekaźnik (nawet nieświadomy) kontrolować trzeba, a do czegoś te "polskie" służby specjalne muszą się w końcu przydać.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)