Kończy się wyjątkowy pod wieloma względami rok w polskim tenisie ziemnym. Z zaskakująco, jak na historię polskiego tenisa dobrą, pierwszą jego połową, okraszoną świetnym, i to także w wydaniu męskim, występem polskich reprezentantów podczas Wimbledonu.
Oraz bardzo kiepską drugą, podczas której nie tylko więdnące z wolna właściwie już od lutego tego roku siostry Radwańskie, ale także Janowicz i Kubot zanotowali raptowne załamanie formy.
Niestety, wiele wskazuje na to, że przyszły rok przyniesie nam raczej kontynuację trendu, zapoczątkowanego w ostatnich miesiącach.
I to nie tylko dlatego, że siostry Radwańskie, a właściwie decydująca o wszystkim za obie, starsza z nich - mimo przestróg Ojca - postanowiły kontynuować dalsze, pomyślne zwijanie swojego tenisa pod okiem przystojnych, trenerskich samouków o kompetencjach nauczycieli wuefu ze szkoły dla przerośniętych gimnazjalistek, a Jerzy Janowicz został przy swoim, udającym trenera kumplu z Finlandii i publicznie oświadczył, że on zachowania na korcie i siebie samego nie zamierza zmieniać. Stała się bowiem rzecz kto wie, czy nie jeszcze poważniejsza.
Zgodnie z tradycją III RP, wszędzie tam, gdzie pojawia się sukces i większe pieniądze, muszą się pojawić ojcowie i wujkowie tego sukcesu, próbujący się w jego blasku ogrzać i do tych pieniędzy dobrać. Dla wspólnego dobra, ma się rozumieć, "by żyło się lepiej".
Zaczął Komorowski, obfotografowujący się z suszącymi do niego zęby Radwańską, Kubotem i Janowiczem. Ale to była jedynie nieprzyjemna i przykra dla niektórych demonstracja. Jeśli ktoś jest przesądny, także zła wróżba, gdy wspomnimy losy sportowców i reprezentacji,. którym Komorowski raczył był publicznie kibicować.
Później jednak do sprawy zabrali się specjaliści od cudzych pieniędzy, tym razem z Polskiego Związku Tenisowego. I cztery dni temu mama Jerzego Janowcza musiała w wywiadzie powiedzieć co następuje:
Dosłownie dzień później pojawiła się informacja, że Jerzy Janowicz rezygnuje z występu w reprezentacji Piolski podczas Pucharu Hopmana w Perth na przełomie roku, gdzie miał grać razem z Agnieszka Radwańską, z powodu kontuzji stopy.
Pozwolę sobie na następujący komentarz. W powyższym zdaniu należy zrobić korektę i dwa słowa ująć w cudzysłów - "kontuzja stopy". A ponieważ tego typu umów nie negocjuje się w ciągu paru dni, podejrzewam, że ten konfilkt ciągnie już dość długo. Kto wie, czy i poprzednia kontuzja Janowicza, z powodu której nie wystąpił we wrześniowym spotkaniu Pucharu Davisa z Australią, za to był na widowni i - mimo przykrego urazu kręgosłupa - z całej siły rzucał pilkami tenisowymi z autografem w trybuny, nie miała przypadkiem zbliżonego podłoża.
Pozostaje jeszcze pytanie - co z Radwańską? Bo że "biznesmeni III RP", którzy rządzą PZT o niej, największej przecież dla nich, potencjalnej skarbonce zapomnieli, nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy.
Czy ona przypadkiem czegoś podobnego do tego, co próbuje się wcisnąć Janowiczowi, już nie podpisała? Podpisując od wielu miesięcy wszystko jak leci, bez czytania, bo i tak by się w tym nie połapała, i przejmując się tylko tym, żeby jedyna osoba, mogąca jej wytłumaczyć, co podpisuje - czyli Ojciec - się nie dowiedział.
A jeśli nie podpisała, co zrobi, gdy jej taką umowę zaproponują?
Prawdopodobnie PZT nie ma takich możliwości, jak np. Polski Związek Piłki Siatkowej i nie może szantażować sportowców cofaniem licencji, zmuszając ich w ten sposób do grania w reprezentacji, więc przejścia Radwańskich i Janowicza na przykład pod flagę australijską raczej się nie musimy obawiać.
Tym bardziej, że PZT chce zrobić właściwie dokładnie na odwrót i nie tyle zachęcać do reprezentowania Polski, co po prostu opodatkować czołowych sportowców za grę w reprezentacji. I to akurat tych, którzy w przeciwieństwie do wielu zagranicznych, słynnych koleżanek i kolegów, do tej pory z gry w reprezentacji nie rezygnowali. Ta koncepcja jest zaiste przednia i ciekawe, czy znajdzie naśladowców w innych dyscyplinach sportu III RP.
Zobaczymy, co przyniosą najbliższe tygodnie i miesiące - wyciszenie, bo w to, że sprawa z Janowiczem to jest jakiś konflikt w rodzinie, skoro Papa Janowicz siedzi w wybranych w tym roku, ścisłych władzach PZT, nie bardzo chce mi się wierzyć - czy regularną wojnę.
Na przykład gdy Papa Radwański o czymś się dowie.
Bo z kolei medialną nagonkę na polskich tenisistów, ze szczuciem jednych na drugich, jestem w stanie sobie bez problemów wyobrazić. A wtedy rzeczywiście sprawy formy, wyników, treningu, czyli po prostu sportowe, mogą zejść na plan tak daleki, że aż niezauważalny.
Sportowiec powinien toczyć wojnę z własną słabością na treningu i z przeciwnikiem podczas zawodów. Jeśli się go wciągnie w bijatyki pozasportowe, o dobrych wynikach można w dziewięciu przypadkach na dziesięć zapomnieć.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)