Zacznijmy od największego mistrza. Mimo wspaniałego zwycięstwa nad Sinnerem, Serb nie wydrapał dla siebie 25. tytułu wielkoszlemowego. Jego pazury, w porównaniu ze szponami Alcaraza, okazały się za krótkie.
Był Hiszpan w tym meczu lepszy. No był. I wygrał zasłużenie. Ale brawa dla Starego Dziadka muszą brzmieć nieustannie. To jest największy fenomen tego sportu. Przerastający wszystkich pozostałych, przynajmniej na tę chwilę, o głowę. Mogą sobie wszyscy piać na temat Federera (sam kiedyś piałem) czy Nadala, ale gdzie im tam do Djoko. A dodajmy, że już miałby dawno te 25 tytułów, gdyby mu Australijczycy, ciekawe pod czyim wpływem, nie zabronili wjazdu przez dwa lata. I druga ważna rzecz. To nie jest to samo zdobyć 25 tytułów będąc Szwajcarem czy Hiszpanem, a będąc człowiekiem z drugiej strony żelaznej kurtyny. Zachód cały czas pieje o demokracji i równości, ale wystarczy, że trzeba stanąć po czyjejś stronie i ZAWSZE ci wspaniali, bezstronni kibice z zachodu, stają po stronie właściwej. Czyli przeciwnej do tej, gdzie stoją Djokovice, Świątki i inni tenisiści zza „właściwej” strefy. Wyjątkiem oczywiście Rosja (i jej akolici), która na Zachodzie ma status świętej krowy, co zresztą widać jak na dłoni w innych, dużo ważniejszych od sportu, sferach życia. Każdy inny kraj byłby dawno, za swoje występki, zmieciony prawdziwymi sankcjami gospodarczymi, a Rosja już cztery lata się śmieje. A w zasadzie od roku 2014. No ale ja przecież nie o tym.
No więc przegrał Djokovic finał zasłużenie. Gdyby wygrał, to też można by było mieć co do tego tytułu pewne wątpliwości, bo przecież mecz z Musettim to było jak wygrana w totka.
Ja już rok temu pisałem, że Djoko tego 25. tytułu nigdy nie zdobędzie, ale po tym, co zobaczyłem z Sinnerem, moje nadzieje odżyły. Jak widać niepotrzebnie. Ale skoro już odżyły, to jeszcze ich nie gaszę. Czekam na Wimbledon. Jeśli tam również Nole nie zdobędzie tytułu, to już moja nadzieja co do tego definitywnie tlić się przestanie.
Na koniec wątku męskiego. Zapowiada się, że duet Alcaraz-Sinner na lata wejdzie w rolę tria Djoko-Roger-Nadal. Przyznam się, że nie wiem czy tego chcę, bo będzie jeszcze nudniej niż było przez te wszystkie lata. Pamiętam czasy Borga, Connorsa, Samprasa czy McEnroe. Były znacznie ciekawsze. Zawsze jeszcze wyskoczył jakiś Villas, Becker, Edberg, Agassi czy Wilander i turnieje były INTERESUJĄCE. Nie to, co potem.
Teraz Świątek. Iga ma lat niecałe 25 i jeszcze wszystko, miejmy nadzieję, przed nią. Pod jednym, zasadniczym warunkiem. W zasadzie dwoma. Pierwszy, że zacznie wreszcie słuchać co do niej mówią, życzliwi jej w końcu, ludzie z bliskiego otoczenia i dwa, że poprawi znacząco INTELIGENCJĘ GRY. Przez ostatnie trzy lata KAŻDA z jej największych rywalek się znacząco rozwinęła. Polka, jak mi się wydaje, stoi w miejscu.
Zobaczcie jak grała i jak obecnie gra Coco, jak Sabalenka, jak Rybakina, nawet jak Pegula. I porównajcie to z Igą.
Ja wiem. Jest znacząca poprawa w grze na trawie. Notabene trzeba to jeszcze udowodnić w tym roku, ale powiedzmy, że tak będzie. I będziemy się wszyscy (to znaczy jej kibice, bo przecież nie ta antyIgowa hołot, która ją non-stop trolluje), na pewno bardzo cieszyć. Ale na mączce i na hardzie trochę się w ostatnich kilku, kilkunastu miesiącach, pozmieniało. Właśnie dlatego, że tam gra jest wolniejsza niż na trawie i że trenerom przyszło do głowy, że można w czasie tej gry zacząć próbować, niekoniecznie rezygnując z siły, więcej myśleć. No i rywalki zaczęły myśleć. A Iga jakby mniej. I zaczęła przegrywać.
Można też podejść do wyników turnieju w Australii z innej strony. Po raz kolejny już Iga, wtedy kiedy nie zdobywa tytułu i jest od niego dość daleko, przegrywa walkę o tron, jak się potem okazuje, z NAJLEPSZĄ TENISISTKĄ ZAWODÓW. Więc może jednak nie jest z tym Naszym Dobrem Narodowym tak źle, jak może się na pierwszy rzut oka wydawać? Pozostawiam Szanownego Czytelnika z tym niełatwym pytaniem samemu sobie.
Patrząc z dystansu to każdej z tych wersji wydarzeń można bronić. Której skuteczniej? Nie wiem. Ja tu tylko sobie dywaguję.
Inne tematy w dziale Sport