30 obserwujących
303 notki
298k odsłon
  545   0

Wszyscy walczą o młodych, ale kto wygrywa?


Pozwolę sobie pociągnąć ledwo zarysowaną w ostatniej notce kwestię, czyli wychowanie dzieci. Od zawsze stoję na stanowisku, że to rodzina (jakakolwiek by nie była) ma prawo i obowiązek wpajać młodym konkretne postawy, zasady, wartości i przekonania. Nie państwo, nie szkoła, nie media. Chodzi oczywiście o AKTYWNE, poparte własnym przykładem przekazywanie określonych wzorców.

Dlaczego nie państwo, nie szkoła, nie media?

Po pierwsze, instytucje publiczne mają skłonność do popadania w ideologie, a przy tak podzielonym społeczeństwie (co uważam za rzecz dobrą!) próby wpychania młodym przekazu sprzecznego z tym, który otrzymują od najbliższej rodziny, może skutkować dysonansem poznawczym, wrogością i nieufnością wobec instytucji (lub rodziny) czy nawet (zazwyczaj cichym) buntem mas.

Po drugie, bardzo, bardzo niewielu ludzi jest obdarzonych tak dużą charyzmą, że stają się dla młodych naturalnymi autorytetami. Przeciętny nauczyciel czy polityk nie ma szans na dotarcie ze swoim przekazem i wartościami do szerszego grona nastolatków. Może próbować zarzucić ich konkretnymi teoryjkami, zaprezentować postawy, które sam uważa za piękne i wartościowe, lecz z dużym prawdopodobieństwem odbiją się one od muru obojętności czy wręcz kpin.

Po trzecie, do wychowania dziecka potrzebne są te same rzeczy, którymi bohater „Skazanych na Shawshank” urabiał skałę: nacisk i czas. Może dlatego przekaz medialny, ku rozpaczy wielu rodziców, ma na młodych największy wpływ. Ale jaki przekaz? Oficjalny, rządowy, narodowy? Nie, płytka i banalna popkultura. Jak się ogląda przez pół dnia teledyski, śmieszne filmiki czy pranki, to umysł się temu bezwolnie poddaje i po pewnym czasie... szkoda gadać. Szkoła natomiast, oraz wszelkie instytucje, np. Kościół, dysponują bardzo ograniczonym czasem i niewielkimi możliwościami formowania młodych dusz. Dlatego nawet jak się znajdzie jakiś wspaniały, charyzmatyczny, tchnący moralną i intelektualną wielkością nauczyciel, polityk, ksiądz – to bez dłuższego i efektywnie spędzonego z młodzieżą czasu nie zdoła jej do zbyt wielu rzeczy przekonać.

Oczywiście wpływ rodziny, która powinna być głównym źródłem moralnego kształtowania nastolatków, również jest ograniczony. Powiedzmy sobie szczerze: niewielu z nas ma szansę wychować dziecko na takiego człowieka, jakim widzimy go oczami wyobraźni. Na młodych wpływa mnóstwo czynników, są obrzucani setkami bodźców dziennie. Szybko tracą szacunek dla rodziców, przestają się ich słuchać i kierują się ku grupie rówieśniczej, znajomym z Internetu, grom, komiksom, filmom. Książka? Żeby chociaż „Harry'ego Pottera” czytali. Porozumiewają się swoistym młodzieżowym narzeczem, nie chcą być grzeczni i posłuszni. Pewnie zawsze tak było, jednak teraz młodzi mają swój własny wirtualny świat, którego ich rodzice nie znali. Czy są od nich głupsi, bardziej podatni na propagandę? Wątpię. Wielu starych wpadło w sieci ideologicznych wojenek. Nic dziwnego, że takie dorastające dziecko również zostaje złowione przez jakiś nurt, filozofię, grupę. W pewnym momencie rodzic zauważa, że ma już coraz mniej możliwości, by dotrzeć do swojego syna czy córki, że zaprzepaścił możliwość uformowania jego/jej sumienia.

Tak więc i rodzina w pewnym sensie przegrywa z tym, czego tak naprawdę nie da się już kontrolować (a jakby ktoś próbował, młodzi go zakrzyczą). Dlatego tak istotne jest, żeby nie zabierać jej tej resztki mocy, tej umiarkowanej zdolności aktywnego wychowywania. A już zwłaszcza nie powinno tego robić państwo.


Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo