36 obserwujących
397 notek
408k odsłon
  1396   4

Czy musimy tolerować wszystko i wszystkich?


W dzisiejszych czasach niezwykle łatwo jest zostać oskarżonym o nietolerancję. Wydawałoby się, że wystarczy nie być czymś dostatecznie zachwyconym, żeby padł zarzut, iż czegoś nie tolerujemy. Wypaczenie tego słowa jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogły przydarzyć się naszej cywilizacji. I aż prosi się o naprawę:

nietolerancja – brak tolerancji dla cudzych poglądów, upodobań

A czym jest tolerancja?

tolerancja – poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych

I jeszcze jedna definicja:

Tolerancja pochodzi od łacińskiego słowa „tolerantia”, które oznacza znosić lub tolerować. Pierwotnie odnosiło się do tego, że nawet jeśli coś nie pasuje do kogoś mentalnie lub emocjonalnie, musi cierpliwie w tym wytrwać. W zasadzie nie ma innego wyjścia, może tylko przyznać się do tego i to zaakceptować. Nieważne, czy jest to pogląd, zachowanie, osoba, czy rzecz. Jednak w ostatnich latach koncepcja tolerancji jest bliższa rozważaniom i akceptacji. Określa bardziej stopień przyjęcia przeciwstawnego elementu, czy to kulturowego, etnicznego, religijnego, czy społecznego.

Tolerancja nie oznacza jednak przymusu. Nie chodzi o to, że musisz znosić czegoś, co powoduje Twój ból, niepokój, napięcie lub pozbawia emocjonalnego, fizycznego, intelektualnego rozwoju. Ale jeśli wiedząc, że ludzie wokół Ciebie mają prawo do wyrażania siebie, do działania i do innych motywacji, nie negujesz ich zachowań i pozwalasz sobie na życie bez osądzania innych, jesteś osobą tolerancyjną.

[...] Można przyjąć za pewnik, że tolerancja wiąże się z postawą dopuszczania do siebie istnienia odmienności, pozwalania jej istnieć, nawet jeśli nie podzielasz lub nie aprobujesz danego stanowiska. Z drugiej strony akceptacja warunkuje brak sprzeciwu lub oporu, otwarty odbiór. Dlatego tolerowanie wiąże się również z wydawaniem osądu wartościującego o czymś lub kimś.

Powyższy wywód jest trochę niejasny. Jak widać wyraz ten ewoluował i obecnie oznacza dla niektórych brak osądu. Czyli jeśli wyrażę krytykę czegoś/kogoś, to nie jestem tolerancyjna. Niektórzy jednak uparcie trzymają się swojego prawa do osądzania i do tych ludzi należę ja sama. To, że wyrażę się o czymś krytycznie, że zaprezentuję swoje negatywne emocje, nie oznacza, że grzeszę nietolerancją. Ostatnio wyraziłam się nieprzyjemnie o tańcach polityków na „imprezach” ojca Rydzyka, na co jeden z komentatorów zareagował złością, gdyż według niego nie powinnam krytykować czegoś, co mnie bezpośrednio nie dotyka. Bo to – o jejku, jejku! – nietolerancja. Jak widać wszystko można podciągnąć pod to najbardziej chyba zniekształcone słowo na świecie.

Czy tolerancja w nowoczesnym wydaniu powinna stać się naszym bożkiem? Czy powinniśmy milczeć, kiedy coś nam się nie podoba, przyklaskiwać każdemu, kto jest złakniony aprobaty, nawet jeśli jego opinie i/lub uczynki wywołują w nas wymioty? Moim zdaniem takie postępowanie to cywilizacyjny regres. Ba! Czasami trzeba coś aktywnie zwalczać, czyli być nietolerancyjnym w starym (!) wydaniu tego wyrazu. Jeśli bowiem stoimy i biernie przyglądamy się temu, co uważamy za ZŁO, to jacy z nas ludzie? Tchórzliwi, konformistyczni i głupi. Oczywiście tego, co jest złem, nie da się raz na zawsze określić; chodzi mi o to, że nie powinniśmy ulegać kretyńskiej modzie na przyzwalanie wszystkim na wszystko, niezależnie od konsekwencji, jakie taka postawa niesie. Czasami trzeba się czemuś przeciwstawić, np. przemocy wobec niewinnych ludzi, psuciu dobrych rzeczy, deprawacji, brudowi, cierpieniu. Potulna uległość wobec ZŁA sama w sobie jest ZŁEM.

Wróćmy jednak do owej nieszczęsnej „tolerancji” dla spraw, które nam się nie podobają, lecz nie są jeszcze jednoznacznie podłe czy idiotyczne. Otóż jasnym jest, że za zupełnie naturalną krytyką tego, co nam nie pasuje, idzie często... odrzucenie. Nie zwalczanie, nie aktywny sprzeciw, nie powszechna mobilizacja sił, tylko zwyczajna osobista dyskryminacja. Coś jest dla mnie paskudne, obrzydliwe, niemądre i dlatego ja sam/sama nie chcę z tym czymś mieć nic do czynienia. Można? Można. Albo raczej: powinno być można. Tymczasem owa osobista dyskryminacja jest czymś, czego pewne środowiska same – tadaaam! – nie tolerują. Nie wiem, jak to wygląda u katolików, konserwatystów i prawicowców, ale na pewno otwarte odrzucenie drażni osoby spod znaku LGBT czy lewicowców w ogóle. Według nich należy wszystko i wszystkich  akceptować. Przyjmować z otwartymi ramionami. Pełna inkluzywność (czy jak tam to się teraz nazywa).

A przecież prawo do nie zadawania się z tymi, którzy nam nie odpowiadają, jest jednym z fundamentalnych! To coś, czego nie wolno nam się wyrzec. Można dyskutować, czy w sklepie, hotelu bądź jakiejkolwiek firmie wolno właścicielowi (czy sprzedawcy) odmówić obsługi osoby, która z jakiegoś powodu budzi w nim zastrzeżenia, lecz na gruncie PRYWATNYCH relacji nie powinno być miejsca na najmniejszy przymus. Notabene tego właśnie warto uczyć dzieci: nie muszą się bawić ze wszystkimi, ale i same powinny być przygotowane na odrzucenie. Wmawianie komukolwiek, że musi każdego człowieka na ziemi traktować z miłością, każde postępowanie uznawać za godne szacunku, a każdy pogląd za równy innym, jest gwałtem na psychice bliźniego. Oczywiście dorośli się na to nie nabiorą, ale już dzieci – owszem.

Na zakończenie napiszę tylko, że jestem osobą bardzo, ale to bardzo tolerancyjną, bo chyba jeszcze nikomu za durne przekonania nie przyłożyłam w pysk. ;) Ale już bratać się z pewnymi ludźmi nie mam najmniejszego zamiaru. Nie lubię, nie szanuję, czasami wręcz gardzę. Mam prawo? Mam. I wy również. Bez histerii, spokojnie, z godnością – odrzucajmy to, co według nas niefajne. W końcu nasze prywatne wybory też jakoś wpływają na świat.


Lubię to! Skomentuj96 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości