Na jednym z portali streamingowych z filmami leci czasem przed seansem reklama serwisu sprzedażowego Vinted. Jak nie potrzebujesz, nie używasz, to sprzedaj! – radzi raźnym głowem lektor. Widzimy zadowolonego faceta, który pakuje niechciane graty do koperty i wysyła do ich nowego domu. Nie masz miejsca, (już) nie korzystasz, nie lubisz czegoś? Wystarczy zrobić zdjęcie, stworzyć opis i ogłosić. Voilà! Zamiast sterty niepotrzebnych przedmiotów – kaska. Tylko jak to jest w rzeczywistości?
Ano, w rzeczywistości to udało mi się opchnąć kilka rzeczy za jakieś tam pieniądze (jedna książka poszła nawet za 180 zł, przy czym i tak sporo opuściłam), lecz większość z nich wciąż zalega w mieszkaniu i czeka na amatora osobliwych drobiażdżków i literatury. Prawda jest taka, że więcej kupiliśmy przez Vinted niż sprzedaliśmy. Ludzie naprawdę chcą się pozbyć materialnego balastu i ogłaszają go okazyjnie, lecz polubienie (zaznaczenie serduszkiem) danej rzeczy w żadnym wypadku nie musi się przekładać na gotowość jej zakupu. Tysiące ciuchów, najrozmaitszego sprzętu AGD i RTV, zabawki, książki, instrumenty, oprzyrządowanie, nawet meble – to wszystko czeka na potencjalnego kupca, który zapewne będzie jeszcze grymasił przy cenie.
No bo powiedzmy sobie szczerze: czy żyjemy w czasach niedoboru? Raczej przeciwnie. Nie rzucamy się (już) łapczywie na pierwszą lepszą okazję jak sępy, gdyż każdą pierdółkę można nabyć w wielu miejscach. Dlatego będące wirtualnym pchlim targiem Vinted kusi możliwością łatwego zarobku, lecz zapewniam Was, że trzeba wystawić coś naprawdę fajnego i taniego, żeby szybko znaleźć nabywcę. Nie mam (już) złudzeń: gros maneli zapewne zostanie z nami na dłużej.


Komentarze
Pokaż komentarze