Dobrze jest się czymś interesować. Czymś wykraczającym poza codzienność. Czymś, co nas odpręża, sprawia, że czujemy się lepiej. To może być ciekawe hobby, ale także jakaś intelektualno-emocjonalna pasja, fascynacja jakimś tematem. Grunt, żeby czyniła nasze życie lepszym.
Co jednak, jeśli nasze zainteresowania przysparzają nam nie radości i uciechy, lecz bólu, smutku i cierpienia? Co, jeśli frapujemy się czymś, na co nie mamy większego wpływu, a co jest dla nas niemal czystą udręką? Tak ma się sprawa z polityką. Podniecanie się tym, jaki polityczny śmieć narobił większego bałaganu w Polsce zakrawa na masochizm. Ale niektórzy lubią taplać się w błocie. Lubią wyzywać ideologicznych oponentów od największego łajna i oskarżać ich o wszystko, co złe w kraju. Cóż, takie mają zainteresowania.
Oczywiście polityka wchodzi z butami w nasze życie. Zdaję sobie z tego sprawę. Niemniej reagowanie na nadmierne zakusy polityków (np. poprzez petycje czy protesty) to coś innego niż wchłanianie w siebie całego świństwa, jakie produkuje ta dziedzina. Czy nasza egzystencja nie jest za krótka na przejmowanie się polityką? A nasze nerwy, energia, siła witalna – czy warto je tracić na takie gówno?


Komentarze
Pokaż komentarze (142)