Pod artykułem toczą się zażarte dyskusje, czy faktycznie drzewa są „płucami Ziemi”, skoro też uwalniają CO2, czy polityka rzekomej integracji tubylczej ludności jest sensowna, czy Brazylia musi się troszczyć o klimat całej ziemi, etc. Oczywiście nie zabrakło epitetów i oskarżeń o ekoterroryzm i lewactwo.
Z mojego punktu widzenia ofiarą potężnej wycinki lasów deszczowych padnie nie tyle klimat, ile zwierzęta je zamieszkujące, które stracą połacie swoich habitatów. Obszary te są miejscem zamieszkania połowy znanej nauce fauny i flory. Bolsonaro mógłby w zasadzie zaproponować ich natychmiastową eksterminację.
Kto jednak jest naprawdę winien? Przecież zarówno hodowcom bydła jak i wielkopowierzchniowym plantatorom soi chodzi głównie o zarobienie na powszechnym w krajach pierwszego świata, nieokiełznanym mięsożerstwie. To ono wymusza hiperintensywną hodowlę zwierząt rzeźnych. Poważne ograniczenie spożycia mięsa mogłoby się przyczynić do zmian w skali jego produkcji, a tym samym zapotrzebowania na wielkie pastwiska czy plantacje soi.
Nie jest, oczywiście, niczym odkrywczym, że do zagłady przyrody przyczyniają się nawyki żywieniowe spasionych Amerykanów i Europejczyków. Odkrywcze może być jedynie rozwiązanie, bo na masowe przejście białasów na wegetarianizm nie ma co liczyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (49)