Polityk zaczął obawiać się też o swoją rodzinę. – Boję się o rodzinę. Od poniedziałku do piątku jestem w Warszawie. Mam trójkę dzieci. Oni zostają sami. Dostaję różne pogróżki. Ale czasem strach ma duże oczy. Ja się nie poddam – mówił niedawno Krzysztof Brejza w telewizji Wirtualnej Polski.
No i się narobiło u państwa Brejzów. Otoczeni polityczną breją stracili kontrolę nad tym, co wartością jest największą. Rodzina Brejzów stanęła na krawędzi zagłady.
Krawędź zagłady została ujawniona przez Brejzową. Dla dzieciaka Brejzów zabrakło lekarstwa. Ponieważ Brejzowa nie ma kompletnego pojęcia jak internetowo lekarstwo szukać, polazła na internetowego Twittera, opisując krawędź zagłady.
I bardzo dobrze się stało, że poszła, bo zawsze ktoś tam w tym internecie siedzi i pomóc może. Pomoc ruszyła więc szerokim strumieniem. Adresy aptek, sposobny dzielenia leku i porady zalały Brejzową, a Brejzowa, zamiast do apteki poleźć, dalej na Twicie siedziała.
Można śmiało powiedzieć, że krawędź katastrofy, która Brejzów dopadła, na granicy pomiędzy dobrem a złem balansuje. Niebezpieczna to sytuacja, bo Brejza w domu nie przebywa, a Brejzowa czeka, że obcy do apteki polezie i lek zakupi. A dzieciak dalej chory. Wypada więc wysłać pracownika opieki społecznej do państwa Brejzów i podjąć jakieś kroki, by nieszczęściu zapobiec.
To jest realny problem rodziny Brejzów.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)