Listopadowe wybory połówkowe do Kongresu USA wywołały w mediach lawinę sensacyjnych nagłówków. Słyszymy o „politycznym trzęsieniu ziemi”, „wizerunkowej katastrofie” i „utracie wszystkiego” przez obóz Donalda Trumpa. Gdy jednak opadnie publicystyczny kurz i spojrzymy na surowe fakty oraz historię, wyłania się z nich zupełnie inny obraz. Obraz potęgi amerykańskiego systemu ustrojowego, który od blisko 250 lat niezmiennie fascynuje i udowadnia swoją stabilność. Dla zdeklarowanych sympatyków Stanów Zjednoczonych, te wybory to przede wszystkim fascynujący pokaz działania fundamentalnej zasady, na której ojcowie założyciele zbudowali potęgę USA z mechanizmem kontroli i równowagi.
Media i "wybitni" politycy polscy mają tendencję do dramatyzowania rzeczywistości, zwłaszcza gdy mowa o Donaldzie Trumpie. Nagłówki krzyczące o „utracie Kongresu” mogą sugerować, że Partia Republikańska zniknęła z Kapitolu. Nic bardziej mylnego.
W amerykańskim systemie dwupartyjnym walka toczy się o status partii większościowej. W tych wyborach Republikanie stracili symboliczną większość, ale w ławach Kongresu wciąż zasiądzie potężna reprezentacja prawicy: kilkuset kongresmenów w Izbie Reprezentantów i silna, 44-osobowa grupa senatorów.
Co więcej, jeśli przyjrzymy się statystykom prowadzonym przez The American Presidency Project, obecne straty Republikanów wyglądają na zupełnie naturalną korektę wyborczą. Amerykańska historia widziała znacznie większe tąpnięcia:
Franklin D. Roosevelt (1938): stracił gigantyczne 72 miejsca w Izbie Reprezentantów.
Barack Obama (2010): oddał Demokratom aż 63 mandaty w Izbie.
Bill Clinton (1994): zapłacił stratą 54 miejsc w niższej izbie parlamentu.
Na tym tle, uszczuplenie stanu posiadania Republikanów w Izbie Reprezentantów o około 30 mandatów nie jest historycznym pogromem, lecz standardowym, wręcz podręcznikowym kosztem rządzenia w czasie trudnej sytuacji gospodarczej i globalnej inflacji.
Od czasów II wojny światowej partia urzędującego prezydenta traciła mandaty w aż 18 z 20 wyborów połówkowych. Amerykanie z natury są nieufni wobec zbyt silnej władzy centralnej. Nawet gdy dają jednemu obozowi pełny mandat do rządzenia, po dwóch latach wracają do urn, by założyć prezydentowi polityczny hamulec. To genialny bezpiecznik wymyślony przez twórców konstytucji – chroni państwo przed radykalizmem i zmusza obie strony sceny politycznej do dialogu oraz kompromisów.
Przejęcie formalnej kontroli nad izbami przez Demokratów zmienia reguły gry, ale nie paraliżuje Ameryki. Dla administracji Donalda Trumpa oznacza to koniec ery dekretów i forsowania ustaw jedną ręką. Teraz każdy budżet, każda kluczowa reforma i nominacje sędziowskie będą wymagały negocjacji. Z perspektywy proamerykańskiej to doskonała wiadomość: Ameryka rządzona z centrum, zmuszona do szukania konsensusu, to Ameryka stabilna i przewidywalna na arenie międzynarodowej.
Ostatecznie, listopadowe wybory nie były porażką Ameryki. Były triumfem jej instytucji. Po raz kolejny udowodniły, że lokator Białego Domu – bez względu na nazwisko i potęgę swojego charakteru – zawsze musi liczyć się z głosem amerykańskiego obywatela.
I właśnie za tę niezłomną wierność zasadom wolności tak mocno podziwiamy Stany Zjednoczone. Podziwiamy system, który jest jaskrawym zaprzeczeniem realiów wielu krajów europejskich (choć nie wszystkich), gdzie kryzysy społeczne, bezrobocie czy niewydolność instytucjonalna są na porządku dziennym.
Wystarczy spojrzeć na Polskę, w której środowiska zakorzenione w dawnej nomenklaturze komunistycznej, dziś silnie wspierane przez brukselski establishment, bezpardonowo atakują i deprecjonują prezydenta Trumpa. W tym samym czasie w kraju wyprzedaje się wypracowany przez pokolenia majątek narodowy, a standardy prawne zaczynają przypominać działania dawnego aparatu bezpieczeństwa, realizowane rękami upolitycznionych sędziów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w polskim wymiarze sprawiedliwości mentalność rodem z czasów UB wciąż jest żywa, a instrumentalne wykorzystywanie paragrafów przez prokuratorów czy sędziów przeciwko niewinnym ludziom budzi uzasadnione przerażenie.
Grafika: Strona prezydenta Trumpa



Komentarze
Pokaż komentarze (20)