k.gobisz k.gobisz
133
BLOG

Unijczykom

k.gobisz k.gobisz Polityka Obserwuj notkę 4


W maju 1972 roku doszło do jednej z największych — a w każdym razie najbardziej tragicznych — katastrof lotniczych w ZSRR. Należący do Floty Bałtyckiej samolot transportowy An-24 rozbił się w leżącym na terenie Obwodu Królewieckiego miasteczku Swietłogorsk. Na pokładzie maszyny znajdowało się co prawda tylko osiem osób, ale o skali dramatu zadecydował fakt, że feralny transportowiec, spadając, uderzył prosto w jedno z miejscowych przedszkoli. Dosłownie chwilę wcześniej wróciły tam ze spaceru dzieci spędzające w nim dzień. W rezultacie śmierć poniosło 24 maluchów — w wieku od 2 do 7 lat — oraz troje opiekunów i pracowników przedszkola.

Ale — jakkolwiek trudno w to uwierzyć — tragedia na tym się nie zakończyła.

Władze sowieckie — jak to władze sowieckie — postanowiły sprawę natychmiast wyciszyć, zwłaszcza że prawdopodobną przyczyną wypadku było pijaństwo wojskowej załogi maszyny. W mieście niemal od razu wyłączono prąd i odcięto łączność telefoniczną. Co więcej, nikogo nie dopuszczano na miejsce zdarzenia. Nikogo — nawet tracących zmysły matek, które w rozpaczy próbowały przebić się przez wojskowy kordon otaczający zrujnowane przedszkole.

Niemal natychmiast przystąpiono także do zacierania fizycznych śladów katastrofy. I zrobiono to w sposób tyleż imponujący — jeśli wziąć pod uwagę efektywność prac — co makabryczny. W ciągu zaledwie kilku godzin szczątki Antonowa oraz gruz ze zniszczonego przedszkola wywieziono, teren uprzątnięto i… uwaga… przekształcono w zwykły, w pełni wyposażony miejski skwer, z typową dla takich miejsc infrastrukturą. W ciągu kilku, najwyżej kilkunastu godzin na miejscu zniszczonego przedszkola powstał niewielki park. Taki ze ścieżkami, klombami, ławeczkami.

Łatwo — albo przeciwnie: nieprawdopodobnie trudno — wyobrazić sobie, co mogli czuć rodzice dzieci, którzy po nieprzespanej nocy zostali następnego dnia wpuszczeni na teren, na którym jeszcze 24 godziny wcześniej stało przedszkole, do którego uczęszczały ich nieżyjące już dzieci.

Maria Kudreszowa, której syn zginął w 1972 roku, wspomina: „Jakby tego przedszkola nigdy nie było! Na jego miejscu — klomb z kwiatami, ścieżki wysypane pokruszoną czerwoną cegłą. Wypaloną ziemię zdjęto, a w jej miejsce położono darń. Połamane i osmalone drzewa zostały ścięte. Tylko ostry zapach nafty lotniczej unosił się w powietrzu. Utrzymywał się jeszcze przez jakieś dwa tygodnie…”.

Ciała ofiar wydano rodzicom niedługo później. Wszystkie w jednakowych, niewielkich trumnach. Jednocześnie rodzinom wprost dano do zrozumienia (tj. grożono), że o całym wydarzeniu nie warto publicznie rozmawiać. Zorganizowany wkrótce potem pogrzeb ofiar również starano się przeprowadzić możliwie po cichu. W dniu uroczystości wstrzymano ruch podmiejskich pociągów łączących Swietłogorsk z okolicą. Ograniczono także połączenia autobusowe. Mimo to na cmentarzu zebrało się około 10 tysięcy osób. Właściwie całe miasto.

Wspomniany skwer istnieje w Swietłogorsku do dziś. Na jego terenie stoi niewielka cerkiewka — właściwie czasownia, czyli kapliczka — oraz rzędy symbolicznych grobów z tablicami zawierającymi imiona ofiar tej tragedii. To jednak relatywna nowość. Rodziny ofiar na upamiętnienie swych bliskich musiały czekać ponad 17 lat. Pierwsza informacja o tym, co wydarzyło się w tym miejscu, pojawiła się bowiem dopiero w 1991 roku. Na "groby" i kaplicę czas przyszedł lata później...

Powyższa historia to tylko... historia?

Nie. To UE-antycypacja

k.gobisz
O mnie k.gobisz

Tablica ogłoszeń

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka