A skąd to bierze się kult UPA na Ukrainie?
Nie zaczyna się w wojsku ani w parlamencie.
Zaczyna się w przedszkolu i w pierwszych klasach szkoły. Od kolorowej książeczki z superbohaterem.
"Przygody Alarmika i jego przyjaciół" autorstwa Ołeha Witwyckiego to wydana w 2015 roku, licząca 132 strony pozycja z serii "Ałarmyk, ukraiński superbohater". Adresowana do dzieci w wieku mniej więcej od siedmiu do dziesięciu lat.
Najbardziej wymowny jest wątek antypolski. W pieśni śpiewanej przez bohatera pojawia się obraz "zuchwałej Warszawy", która "ucichła", zestawiony ze "złowrogą Moskwą", która "zadrżała". Dalej idą militarne motywy "krwi za krew", surowego karania "najeźdźców" i zapowiedź ponownego ukarania przeciwników.
Dziecko w wieku ośmiu lat dostaje do ręki książkę, w której Warszawa jest wrogiem stawianym obok Moskwy, a przemoc wobec "najeźdźców" to powód do dumy. Polska jako przeciwnik. "Krew za krew" jako morał. W książce dla dzieci.
To jest sedno problemu, o którym mówi się od dawna. Kult UPA na Ukrainie nie jest marginesem starszych radykałów. To system wychowawczy, który sięga najmłodszych.
Dziecko czytające dziś o "superbohaterze" spod znaku UPA za dwadzieścia lat będzie stawiać Banderze pomniki i nazywać jego imieniem jednostki wojskowe.
Kłamstwo zasiane w dziecięcej książeczce owocuje po latach nienawiścią dorosłego. I dlatego nie wolno machać na to ręką ani udawać, że to "wewnętrzna sprawa Ukrainy". Bo to nasze bezpieczeństwo i pamięć naszych pomordowanych są w tej bajce atakowane.
W tym miejscu był obrazek okładki tej książeczki, ale chyba nie spodobał się qniowi.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)