44 obserwujących
402 notki
379k odsłon
  168   0

O wyższości świąt Wielkiejnocy... ups, kolarstwa nad lekkoatletyką

Kończy się maj, a więc sezon lekkoatletyczny już w pełni. Starty rozpoczęli również Polacy i to we wspaniałym stylu. Maria Andrejczyk machnęła oszczepem ponad 71 metrów, co jest trzecim rezultatem w historii! Dobre wyniki w rzucie młotem uzyskali Paweł Fajdek i Wojciech Nowicki. Wystartowała też Diamentowa Liga, czyli cykl najbardziej prestiżowych zawodów, rzecz jasna poza Igrzyskami Olimpijskimi i Mistrzostwami Świata (być może także Mistrzostwami Europy, choć tego już nie jestem pewien). Swoje konkurencje wygrali Kamila Lićwinko (skok wzwyż) i Marcin Krukowski (oszczep); oboje pokonali wielu rywali z najściślejszej światowej czołówki.

I co? I nic. Kibice albo jakoś w ogóle te fakty przegapili, albo, jeśli nawet nie, za bardzo się nimi nie przejmują. Przeważają opinie typu: no fajnie, że nasi uzyskują dobre wyniki, ale niech tak zaprezentują się na IO, dopiero wtedy będzie warto się cieszyć.

Trwa też sezon kolarski, a konkretnie jedna z najważniejszych imprez roku – Giro d’Italia. Oczywiście, najistotniejszy jest bój o podium w klasyfikacji generalnej, ale kolarze walczą również o zwycięstwa etapowe. Słuchając sprawozdawców telewizyjnych, a także czytając opinie kibiców, ma się wrażenie, że wygrana etapowa to jakiś niesamowity sukces. Hm... Takich etapów w samym Giro jest 21. Jeśli do tego dodamy pozostałe dwa wielkie toury – Tour de France i Vuelta Espana – to w najważniejszych wieloetapówkach mamy corocznie ponad 60 etapów. W każdym sezonie w wielkich tourach etapy wygrywa ponad 40 różnych kolarzy.

W dodatku często zwycięstwa te zdobywane są sposobami, które nie za bardzo mi się podobają. Zdarza się, że zawodnik specjalnie dużo traci w początkowej fazie wyścigu po to, aby nie zagrażać liderom klasyfikacji generalnej. Później, na jakimś etapie, ucieka z peletonu mając nadzieję, że liderzy, zajęci pilnowaniem siebie, nie zwrócą na niego uwagi i pozwolą mu odjechać. Puszcza do nich oko: chłopaki, widzicie jaki jestem słaby, w ogóle nie stanowię dla was żadnego niebezpieczeństwa, dajcie i mi coś wygrać, nie gońcie mnie... I wielokrotnie faktycznie tak się dzieje, a on potem jest dumny jak paw, jego kibice się cieszą, bo przecież wygrał etap!

Albo coś takiego. Ucieka dwóch zawodników, jeden walczy o generalkę, drugi nie. Kolarze się umawiają: ty mi pomożesz w uzyskaniu jak największej przewagi nad peletonem, za to ja odpuszczę ci na finiszu i ty wygrasz etap. Takich podarowanych zwycięstw bywa całkiem sporo.

No i mamy jeszcze dodatkowe klasyfikacje – górską i punktową. Zwykle jej wygraniem zainteresowanych jest raptem dwóch czy trzech kolarzy, a zdarza się, że nawet tylko jeden. Tak było dwa lata temu na Giro, kiedy to już przed wyścigiem Giulio Ciccone zadeklarował, że ma zamiar walczyć o koszulkę najlepszego górala. Wygrał górską premię na pierwszym etapie, i potem w zasadzie nikt mu nie starał się przeszkadzać. Mimo to zwycięstwo w klasyfikacji górskiej uważane jest za ogromny sukces.

A jeśli nie uda się nic ugrać w wielkim tourze, to mamy sporo krótszych wieloetapówek, też uważanych za prestiżowe. Polacy fascynują się Tour de Pologne, ale są też inne: Paryż-Nicea, Tirreno-Adriatico, Dookoła Szwajcarii, Dookoła Katalonii, i jeszcze parę...

Są także, rzecz jasna, klasyczne wyścigi jednodniowe. Najważniejsze z nich to Mistrzostwa Świata i tak zwane Monumenty. Wygranie Monumentu to marzenie każdego kolarza specjalizującego się w klasykach. No ale znowu – co roku jest aż 5 Monumentów! A kolejne klasyki – Strade Bianche, Amstel Gold Race, Classica San Sebastian, można by długo wymieniać – są prawie równie renomowane. Oczywiście, nie każdy wyścig jest dla każdego kolarza – jedne są dla sprinterów, inne dla górali itp. – ale corocznie wszyscy mają naprawdę sporo szans na jakieś zwycięstwo.

Gdyby to wszystko podliczyć, to pewnie okazałoby się, że każdego roku „wielkie” sukcesy odnosi jakaś setka kolarzy. I każdym takim „sukcesem” fascynują się kibice. A teraz wróćmy do lekkiej atletyki. Co roku zawodnik startuje pewnie w jakichś kilkunastu mitingach – i tylko tyle ma szans na zwycięstwo. I nawet jeśli w takich zawodach pokona czołówkę światową, to i tak kibice nie zwrócą na to uwagi – no chyba że są to IO (rozgrywane raz na 4 lata) albo MŚ (raz na 2 lata).

Oto na czym polega tytułowa „wyższość” kolarstwa nad lekką atletyką. Jeśli zamierzasz uprawiać sport i chcesz tą drogą zdobyć popularność, nie wybieraj lekkoatletyki, ale kolarstwo. Będziesz mieć znacznie więcej szans na wyrobienie sobie nazwiska.

Ja sam jestem kibicem zarówno lekkiej atletyki, jak kolarstwa, ale w tym drugim interesuje mnie tylko walka o generalkę. Wysokiego miejsca w klasyfikacji generalnej na pewno nikt nikomu nie podaruje – trzeba je wywalczyć. Z etapami często jest inaczej.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport