W trzecim rozdziale opowiadania Aleksandra Wata “Żyd Wieczny Tułacz” – list-projekt urządzenia świata.
Najpierw jednak zdjęcie i anegdota.
Czesław Miłosz w swoim krakowskim mieszkaniu
Brałem kiedyś udział w nagraniu rozmowy z Miłoszem o Wacie.
Miłosz w świetnej formie zaczyna opowiadać, w jakich okolicznościach poznał Aleksandra Wata, gdy nagle dźwiękowiec przerywa nagranie i mówi, że słyszy w słuchawkach jakiś przydźwięk, buczenie czy coś w tym rodzaju. Obchodzimy mieszkanie Miłosza, wyłączamy wszystkie urządzenia elektryczne, po czym wznawiamy nagranie. Miłosz już z nieco mniejszym entuzjazmem kontynuuje opowieść, jednak dźwiękowiec po minucie znów zgłasza problem. Tym razem przeszkadzają odgłosy dobiegające zza okna. Wychodzę na ulicę i proszę panów naprawiających pod oknem poety samochód o nieco ciszy. O dziwo panowie podchodzą ze zrozumieniem do mojego apelu o spokój, wyjący silnik milknie, a my na wszelki wypadek mimo letniego upału zamykamy szczelnie okna. Wydaje się, że teraz bez przeszkód dokończymy rozmowę, jednak prawo Murphiego: zawsze, kiedy wydaje ci się, że będzie dobrze - kompletnie się mylisz, działa. Dźwiękowiec tym razem słyszy jakieś brzęczenie. Co u licha!? Rozglądamy się bezradnie dokoła, Miłosz całkiem oklapły mruczy zrezygnowany: “Wat.Wiedziałem, że tak będzie.”
Tym razem przeszkodą w nagraniu okazuje się być ogromna, czarna mucha, która przenosi się błyskawicznie z miejsca na miejsce. Porzucamy siedzącego na krześle Miłosza, sprzęt i rzucamy się w pogoń za muchą. Cała ekipa skacze w mieszkaniu poety po meblach i ścianach. Musimy dopaść tego Belzebuba i dokończyć rozmowę o Wacie – poecie uwikłanym w demonizmy XX wieku.
Nota bene, kiedy nagrywaliśmy później rozmowę o Annie Świrszczyńskiej - cisza, spokój, żadnych problemów.
Aleksander Wat
Żyd Wieczny Tułacz
3
W kilka lat po wojnie w Europie mnożyły się wypadki ludożerstwa. W Rosji – na rozległych obszarach nadkaspijskich, na Zachodzie – Haarman, Denke i wielu innych nieznanych. Kaliban Europy oglądał z przerażeniem własne oblicze. Mówiono o potrzebie pokoju, o dolarze, o zbrojeniach, o procesie w Dayton, o kryzysie demokracji, o powstaniu w Chinach, o blues, o Lidze Narodów, o boksie, o nowej poezji, o niebezpieczeństwie obcych ras, o kryzysie, o zagrożonej cywilizacji, o zatargu w Mossul, o Żydach, o giełdzie. W Warszawie, w Melbourne, Wiedniu, w Tokio, Berlinie, Sznaghaju, w New Yorku, Londynie mnożyły się krachy, bankructwa, pożary; giełdy sygnalizowały panikę, waluty podnosiły się i padały jak figury w budach strzelniczych, jak ogarnięci niepokojem paranoicy. Waliły się banki, rosły domy publiczne. Tylko baron Gould bogacił się. Jego trusty zgarniały złoto z całego świata. Natan studiował na uniwersytecie ekonomię polityczną, chłonąc chciwie ogromną i wyrafinowaną kulturę Zachodu. Na przemian uwielbiał żarliwie Chrystusa i ulegał dialektyce Lenina. W gorączce poznania rzucał się w nurty wszelkich prądów umysłowych, wychylał się i rozglądał za coraz nowszymi.
W roku 1935 mówiono w Europie o potrzebie pokoju, o niebezpieczeństwie innych ras, o bliskiej wojnie, o zbrodniach, o tańcach, o anarchistach, o sporcie, o Ameryce, o kryzysie ekonomicznym, o paktach politycznych, o nowej poezji, o zbrojeniach, o końcu świata, o sektach religijnych, o kryzysie demokracji, o Żydach. W kawiarniach apostołowali apostołowie zagłady cywilizacji, niczym pustelnicy z dziesiątego wieku, zapowiadający dzień ostateczny. Bogowie, przed laty zatopieni w rosyjskich rzekach, wracali poprzedzani fanfarami sekciarstwa. Europa chwiała się na swoich glinianych nogach. Zwierzyniec Wielkiej Brytanii, olbrzymi jak zodiak, skruszył pręty wielowiekowej racji stanu. Politycy byli bezradni wobec bestii kolonialnej, którą rozpętali. Burżuazja wytężała siły i broniła się z nieznanym w historii heroizmem. Gdzieniegdzie umierała śmiercią Herostratesa, gdzieniegdzie, spauperyzowana doszczętnie, na próżno wzdychała do komunizmu. Proletariat ginął w odmęcie ogólnego chaosu. Religijność, sekciarstwo, metafizyka przenikały przez pęknięte dno tonącego okrętu świata. Mówiono o znakach, które poprzedzają dzień ostatni. W Paryżu pięćdziesięcioletnia sprzedawczyni gazet, która nigdy nie znała mężczyzny, rodziła syna o promieniejącym ciele. W Londynie wieczorami widywano na niebie krwawe miecze i jeźdźców na ryżych koniach. W Berlinie właścicielka magazynu mód ogłosiła się zbawczynią świata. Finanse światowe przechodziły ostry kryzys niezbadanej choroby, której bakcyl wymykał sie dociekaniom ekonomistów. Na karku świata, w Wiedniu, wzbierał największy wrzód. Wrzodem był baron Gould, dyktator giełd. Europa błagała go o ratunek. Europa – ludożercza, spauperyzowana, mistyczna, sadystyczna, sprostytuowana. Baron zestarzał się i był głuchy na błagania. Natan był jego sekretarzem. Teraz kierował jego interesami w New Yorku. Doświadczenia faszyzmu nauczyły go, że przewrót polityczny jest kwestią zatrudnienia większej liczby bezrobotnych ambicyj. Zwracał spojrzenie na Wschód, do Zebrzydowa, odległego o dziesięć kilometrów od najbliższej stacji, zachlapanego błotem. Korzeniami był bowiem wrośnięty w stary jeszybot, gdy w wierzchołku gnieździła się dialektyka europejskiej cywilizacji. “Będę arką przymierza między Żydami a Europą, między Zachodem a Wschodem” - marzył Natan.
Baron Gould czuł, że tym razem trzeba się zdobyć na coś wielkiego, inaczej zostanie zmyty nawałnicą nadchodzącego chaosu. Nadszedł moment wielkości, ale jakiej? - W tym własnie czasie Natan nadesłał mu z New Yorku duży list. Oto list Natana:
Nie myśl, że u nas w New Yorku wszystko jest po dawnemu. Europejski bakcyl przybił do Long Island wraz z partią Żydów emigrantów, z tomikami poezji francuskiej, z paczkami walut. Jakże daleko odbiegliśmy od niedawnego amerykańskiego ideału: każdy Yankee z fajką w ustach w cieniu własnego drapacza nieba! Niestety, to już minęło. Nasi miliarderzy kupują plantacje na Haiti i uciekają tam z rodzinami. Bombiarze i podpalacze, anarchiści i sekciarze, ku-klux-klaniści obsiedli nasze miasta. Nie spodziewajcie się od nas ratunku. Ameryka już nie jest Ameryką! Otacza się kordonem izolacji, aby skupić się do walki z wewnętrznym bakcylem, póki czas.
Wkroczyliśmy w średniowiecze industrializmu. Nie ścieżką, ale torem, szerokim torem, przebitym przez największego herezjarchę, przez naukę, dojdzie nasza cywilizacja urbanistyczna do Boga. Religijność naciera ze wszystkich stron, bezładnie, chaotycznie. Nie pojmuję atoli i brzydzę się owymi religiantami – zbieraczami religijnych przeżyć, pięknoduchami, poszukiwaczami osobliwości, którzy szukają zbawienia i fałszywych estetycznych objawień w starych wydaniach ojców Kościoła, w inkunabułach, w oprawionych w pergamin księgach św. Tomasza, w jałowych metafizykach dawnych wieków, zamiast zasiąść do zwykłego podręcznika fizyki, zawierającego więcej objawień religijnych niż wszystkie antykwariaty świata. To fizyka wytycza drogę nowej religii, odrodzonemu katolicyzmowi, religii, która będzie jednocześnie racjonalną konstrukcją społeczeństw. Uważaj, co piszę. Tak jak zagrożenia, na których fizyka się opiera, są konwencjami, niejako artykułami wiary, nie mającymi innego dowodu prawdy, prócz tego, że wynikłe z nich prawa i skutki są w przybliżeniu zgodne z doświadczeniem zmysłów, tak samo (zastanów się nad tym) dogmaty religii, jej postulaty nie wymagają innego dowodu istnienia, prócz tego, że wynikłe z nich prawa i skutki będą w przybliżeniu zgodne z etycznym i religijnym doświadczeniem duszy ludzkiej. W ten sposób, na przykład, nie dające się dowieść istnienie Boga jest odpowiednikiem nie dającej się dowieść hipotezy jedności budowy świata, hipotezy, bez której nauka byłaby niemożliwa. Nie ma żadnego powodu do przypuszczenia, aby między systemem religii a systemem fizyki (obejmuję tą nazwą wszystkie nauki oparte o doświadczenie zmysłowe), posługującymi się odrębnymi metodami i zachowującymi odrębność swych dziedzin, zachodzila sprzeczność. Dzielą między siebie in abstracto przedmiot doświadczenia, który w rzeczywistości bywa niepodzielny. Społeczeństwo ludzkie jest właśnie takim obiektem niepodzielnym, podpadającym pod oba systemy. Idealnym zatem systemem społecznym będzie ten, co pogodzi i skoordynuje owe dwa systemy: racjonalny system naukowej budowy społeczeństwa (komunizm), który wzięty z osobna rozbija się o irracjonalny atom duszy, i system religijnej, opartej na dogmatach doświadczeń duszy budowy społeczeństwa (katolicyzm), który rozbił się o fizykę. Zatem marksizm neokatolicki czy katolicyzm, teokracja komunistyczna – in hoc signo vinces. Ale Kościół rzymski jest zgnębiony i schorzały, kto wróci mu siły? Odpowiem i na to: Żydzi! Ogarnijmy wzrokiem rozległe przestrzenie historii, połączmy nasz punkt dojścia z krzewem płonącym Mojżesza, z Kalwarią, z Marxem. Co za gigantyczna i jasna panorama dziejowa! Widzimy dwie potężne rzeki, wyrywające się z prastarego potoku koczowniczego plemienia chanaańskiego, który był naiwną, pierwotną ich jednością. Widzimy, jak żłobiąc świat, podrywając skały, piętrząc góry, jednoczą się znów, wzbogacone i dobroczynne, wracają do wspólnego łożyska stanowiąc jak gdyby dalszy ciąg pierwotnego potoku judaizmu, z którego wypłynęly. Teraz wiesz, dlaczego Żydzi z pożarów i klęsk znużenia, starości, chorób i prześladowań wynieśli swoją Torę, strzegli swojej odrębności: po to, aby odnaleźć ją i wskrzesić w powszechnym odrodzeniu. Teraz pojmujesz tajemnicę Żyda Wiecznego Tułacza.
Powiem wyraźniej: jedynie Źydzi są powołani do stworzenia nowej powszechnej religii, zespalającej wszystkie sprzeczności. Oni jedni zdołają stworzyć teokrację komunistyczną. Oni jedni trzymają się jak Noe w odmętach anarchii. Religijni i bezbożni, rewolucyjni i konserwatywni, oni jedni są predystynowani do odnowienia świata w dyktaturze opartej na transcendentnym dogmacie.
Trzeba więc przede wszystkim, aby Żydzi masowo przyjęli katolicyzm. Niemożliwe? Odpowiedziałbym – certum quia impossibile. Nastał czas, abyśmy zrewidowali stosunek nasz do chrześcijaństwa. Iluż zresztą widziałem młodych Żydów płonących uwielbieniem Zbawiciela, bijących czołem o zimny marmur kościelny! Ilu widziałem ich, udręczonych w dziwnym splocie syjonizmu, katolicyzmu i komunizmu. Miliony Żydów wschodnich w mistyce, owej dusz mutacji, otrząsają się ze strupieszałej chińszczyzny rabinizmu. Kabała przygotowała ich do Trójjedności. Ich amor dei intellectualis pozwoli im odnaleźć siebie w światowym Kościele rybaka Szymona Piotra, w Kościele Jana, którego Słowo jest Logosem Żyda aleksandryjskiego Filona. Nie łudźmy się: Chrystus już dawno przestał nas różnić. Żyd Wieczny Tułacz pragnie odpocząć. Jest znużony i chce umrzeć. Znajdzie śmierć pod Krzyżem, śmierć, po której nastąpi odrodzenie. Dwa tysiące lat temu zaparł się Chrystusa, aby istnieć. Dziś, by istnieć, musi Go uwielbić.
Streszczę się. Żydzi mają stać się hierarchią kleru katolickiego i przebudować świat w nową teokrację. Reformy, które Watykan niedawno przeprowadził – połączenie z Kościołem Wschodnim, i – co za tym szło – zniesienie celibatu – usunęly najważniejszą przeszkodę w realizacji mego planu. Pieniądze twoje dokonają tego, czego nie potrafi zrobić dialektyka. Jest chwila jedyna do ich użycia, inaczej... Marzę o tym, aby pewnej jesieni, kiedy w Zebrzydowie liście drzew zwijają się jak pożółkłe, oblane winem karty starej Hagady, aby pewnej jesieni sędziwy jeszybot z mojego miasteczka rodzinnego, a z nim wszystkie inne stały się wylęgarnią katolickich dyktatorów świata. W tym jedynie upatruję jego ratunek.




Komentarze
Pokaż komentarze (6)