Niektórzy powiadają, że Stwórca nikomu nie jest tak bliski jak ateiście.Tłucze się taki gościu po świecie, zżyma na Tego, w którego nie wierzy, kołacze do drzwi wszyskich bibliotek i instytutów, szukając w nich dowodów na nieistnienie Pana Boga. I jak się dobrze nabiega, to niekiedy na jakiejś drodze do Damaszku spotyka ...
Opublikowana przez galopującego majorakilka dni temu pierwsza część opowiadania "Wieczny tułacz" takich właśnie kwestii zdaje się dotyczyć. Major uczynił głównym bohaterem swego opowiadania współczesnego Fausta – poszukiwacza prawdy i sensu, który trawiony niepokojem poznawczym nieustannie zmienia miejsce pobytu. Dzięki tym peregrynacjom poznaje on historie nieco podobnych do siebie ludzi.
Pierwszy z nich - uczony, w obliczu epokowego, mogącego zmienić oblicze świata i ludzką świadomość, odkrycia, porzuca swe zajęcie, bo nie chce burzyć ustalonego od wieków porządku (skąd ja znam ten motyw, z jakiego innego utworu?). Naukowiec dokonuje wyboru między wiarą a prawdą na korzyść tej pierwszej. W konstrukcji tego wątku tkwi fałszywe moim zdaniem założenie, że poznanie naukowe nieuchronnie prowadzi do ateizmu i że PRAWDA jest w konflikcie z PRAWDAMI WIARY. Na ten temat powiedziano i napisano już tak wiele, że nie będę się wymądrzał, przypomnę tylko, że zdaniem niektórych trochę wiedzy oddala od Boga, dużo – ponownie przybliża. Oczywiście, poza wszystkim, żeby wierzyć, potrzebna jest łaska Boża i ludzkie wychylenie się ku Stwórcy. Tu popełnię osobistą uwagę: mnie od niewiary uratowała, jak sądzę, m.in. codzienna modlitwa. Wątpliwości wątpliwościami, pytania zasadnicze pytaniami, ale medytacja religijna to podstawa życia duchowego. To przestrzeń dla Bożego oddechu, który napełnia myśli człowiecze (to z Bogurodzicy – przyp. dla nie interesujących się literaturą).
Kolejny bohater ma szczególny zawód – pomaga w zejściu z tego świata wszystkim, którym życie zbrzydło. Nie czyni jednak tego, jak zapewnia, dla pieniędzy, lecz traktuje praktykę eutanazyjną jako wyzwanie rzucone Bogu, piekłu i samemu sobie. Uważa siebie za apostoła śmierci – dobrej nowiny o wyzwoleniu od cierpienia. Więcej nawet – porównuje siebie do Chrystusa, uważa bowiem, że bierze na swoje barki "krzyż odpowiedzialności":"ja jestem jak Chrystus, daję ulgę nie tylko im, ale Wam, takim jak Ty, rozumiesz? Zdejmuję z Was ciężar odpowiedzialności, ja dźwigam krzyż odpowiedzialności."Bohater ten zdaje się nie dostrzegać, że Chrystus wcale nie pojawił się, by"dać ulgę"w życiu doczesnym,przeciwnie, choć uwolnił nas od śmierci, to jednocześnie nałożył na każdego KRZYŻ ODPOWIEDZIALNOŚCI. Nie ma innej drogi do zbawienia jak indywidualna troska i odpowiedzialność, jak osobiste powtórzenie drogi Chrystusa przez każdego z nas. Natomiastcredomajstra od eutanazji jest stricte satanistyczne – on robi za dobrego wuja, oświadcza nam, że chce dla nas dobrze, i że uwolni nas od bólu istnienia, a także od grzeszności. Za nas będzie cierpiał i grzeszył, bylebyśmy tylko spuścili się na niego. Z daleka czuć tu swąd siarki i smoły. Mamy niewątpliwie do czynienia z fałszywym Mesjaszem.
Najbardziej chyba enigmatyczną postacią jest bohater trzeci (a licząc główną postać - czwarty), choć i dwie wcześniejsze są ledwie naszkicowane. Poznajemy go wyłącznie z listu napisanego przez niego w obliczu zbliżającej się śmierci. Bohater ten występuje z otwartą przyłbicą. Nie czai się i mówi wprost: "na cóż mi Bóg, skoro tu władzę ma byle kapral"(a może Major :)). I kontynuuje: "jak można nie rozważać istnienia Boga? Ano można, wierz mi, można. I można być wtedy wolnym, można się bawić, smakować życie."Jak widać, mamy do czynienia z kolejnym spryciarzem, który chce nas podpuścić według znanej formuły: jesteście wolni, więc róbta, co chceta (a kaprale tymczasem będą lody kręcić). Przypomina mi to niespodziankę, jaką zrobił bogobojnemu Paulowi Claudelowi Andre Gide. Otóż Gide podobno kazał wysłać po swojej śmierci do Claudela telegram następującej treści:"piekła nie ma, możesz grzeszyć". Nota bene, tenże żartowniśiimmoralistaGide zabawiał się we francuskiej Algierii z arabskimi chłopcami. Był także gościem samego Stalina i rozpływał się później w zachwytach nad wspaniałościami komunizmu (czytałem kiedyś, ile to przez lata dostawali od Sowietów kasy różni intelektualni dranie za chwalenie tego najbardziej bandyckiego w dziejach ustroju).
A co do wolności pojmowanej jakosmakowanie życiabez chwili refleksji, to przypomnę, że jedynie w Edenie przed zjedzeniem owocu z drzewa poznania dobrego i złego taka wolność była możliwa. To se ne wrati, pane Major. Owszem, można powiedzieć jak Raskolnikow: – zasady etyczne? to mnie nie dotyczy; trzeba pamiętać jednak, czym się kończy naruszanie reguł, które nie od nas pochodzą.
Zapowiada się, jak widać, interesująco. Czekamy na następne odcinkiMajorowego moralitetu.Ciekawe, czygłówny Everymanznajdzie TO,czego szuka? Majorowi tymczasem życzę, by jego utwór nie był tylko kolejnym wariantem młodzieńczego poematu Wierchowieńskiego o wyzwoleniu ludzkości z okowów boskiej niewoli. No i by Autor trafił na swoją drogę do Damaszku.



Komentarze
Pokaż komentarze (26)