To było w dobrych latach siedemdziesiątych, gdy wysadzano pomniki Lenina i kiedy w ramach walki z komunizmem napadano na ekspedientki z utargiem. Pewnego pięknego dnia Stefan, który akurat miał wolne od sypania w śledztwie, udał się do sklepu z akcesoriami fotograficznymi.
- Episkopat proszę. - rzucił krótko i węzłowato.
- Panu chyba chodzi o epidiaskop? - odpowiedziała pytaniem skonsternowana ekspedientka.
- Zawsze to samo. - warknął poirytowany Stefan. - kłamstwo, nienawiść, agresja i głupota. - i dorzucił: - Bez inseminacji proszę, ja w szkole byłem prymasem.
Po czym obrócił się na pięcie, trzasnął drzwiami i wyszedł obrażony.
I tak już mu zostało. Wciąż czuje się prymasem i najczęściej w obecności siostry Moniki wygłasza homilie urbi et orbi, w których ustawia do pionu biskupów i pomniejszych duchownych, np. profesorów KULu.


Komentarze
Pokaż komentarze (33)