W ostatnich dniach miałem okazję przysłuchiwać się wielu rozmowom o smoleńskiej tragedii. Zapewne to główny temat wielu innych. Podczas każdej z nich słyszy się mniej lub bardziej absurdalne powody tej katastrofy, mniej lub bardziej głupio wskazuje się nazwiska osób, które rzekomo do tej katastrofy się przyczyniły.
Staram się podczas nich nie zabierać głosu właśnie ze względu na absurdalność „argumentów”, jakie się wówczas pojawiają. Nie wiemy też dokładnie co się 10 kwietnia wydarzyło. Trudno więc cokolwiek komentować. Ale siedzę cicho również ze względu na pamięć o tych, co zginęli. Żadna „mądra” dyskusja, prowadzona przy kielichu, na imieninach, na imprezie życia im nie przywróci. A niepotrzebnie wywołuje tanią sensację.
Zwróciłem uwagę na bardzo charakterystyczne dwie „prawidłowości” takich dyskusji. Pod Smoleńskiem zginęli wielcy politycy, od prezydenta począwszy, na posłach, szefach ważnych instytucji skończywszy (choć pamiętamy o ludziach z załogi samolotu, o BORowcach i innych uczestnikach lotu). Stało się więc oczywiste, że będą mieli bardzo godną oprawę uroczystości pogrzebowych. Stało się to – obok decyzji o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu – idealną okazją do wyrażania niezadowolenia w rodzaju „gdyby zginęli zwykli ludzie, nikt by się o nich nie zatroszczył”.
Drugą okolicznością – także nieciekawą – towarzyszącą takim dyskusjom jest to, że bardzo szybko zapominamy o ludzkim wymiarze tragedii, a zaczynamy stosować polityczne kalki i „uproszczenia”. Tak więc pamięć o ludziach jest zastępowana przez spory natury politycznej – obarcza się odpowiedzialnością za katastrofę kogoś, kogo się nie lubi. I w tym momencie ten wielki format uroczystości natychmiast pryska. I nie ma Stanisława Zająca, Sebastiana Karpiniuka, Jolanty Szymanek-Deresz – są Platformersy, PiSowcy i komuchy. Gorzko można dodać – nawet „zwykli” ludzie mają pod tym względem lepiej…
Przerażająca to konstatacja – wejście człowieka do polityki oznacza traktowanie jego życia jako tylko i wyłącznie politycznego. Nie ma tam miejsca na sentymenty. Wina to samych polityków, którzy nie szczędzą sobie nawzajem razów i zajadłości. Może więc przyszedł czas na to, by zacząć się traktować bardziej po ludzku? By polityka przestała oznaczać synonim podłości i dwulicowości?


Komentarze
Pokaż komentarze