17 obserwujących
927 notek
314k odsłon
390 odsłon

Blogerzy książkowi są beznadziejni...

Fot. Krzysztof Mączkowski
Fot. Krzysztof Mączkowski
Wykop Skomentuj5

Tę mocną tytułową tezę – bardzo ogólnikową i przez to krzywdzącą wielu, wiem o tym – stawiam świadomie, by wywołać dyskusję i refleksję na temat kondycji „pisarstwa książkowego”. Blogerów, których można nazywać blogerami książkowymi jest, jak podejrzewam, tysiące; tych wartościowych, niestety, niewielu.


Blogerzy książkowi to zazwyczaj nieźle oczytani, czytający mnóstwo książek, najczęściej młodzi ludzie. Dużą część swojego młodzieńczego życia poświęcają na czytanie i reklamowanie otrzymanych książek.


Co tu zgrzyta? Tak jest, „reklamowanie otrzymanych książek”. W przeważającej mierze wydawnictwa – najczęściej niszowe, szukające taniej reklamy swoich produktów – szukają ochotników, którzy o ich książkach napiszą u siebie. I wysyłają do nich swoje tytuły, licząc na to, że o nich – a przy okazji o samych wydawnictwach – coś oni napiszą.


Z tego powodu powstają „przedpremierowe recenzje” które są de facto reklamami książek, które wyjdą lada dzień i bloger ma przeświadczenie, że uczestniczy w wielkim wydarzeniu.


Najczęściej są to – i proszę wybaczyć kolejne uogólnienie – naiwne opowiastki o fabule, połączone z subiektywnymi ocenami („podoba mi się, bo…”) blogera. Rzadko się zdarza, że taka „recenzja” zachęca do kupna reklamowanej książki. Owym „recenzjom” towarzyszą najczęściej „zapowiedzi miesiąca”, czyli zestaw „ekscytujących i fascynujących tytułów”, które dany bloger dostał od jednego lub kilku wydawnictw, na które „czekał z niecierpliwością i ciekawością”.


Gdy już wydawnictwa obdarzą blogerów swoimi książkami, a ci je przeczytają, zaczyna się festiwal „rozdań”, „konkursów” i „quizów”. Najczęściej polegają one na prośbie blogera, by zamieścić linka z okładką danej książki na swojej witrynie facebookowej, wspomnieć o wydawnictwie i kąciku blogerskim, czasami uzupełnione pytaniami w rodzaju „dlaczego chcesz tę książkę?”.


W ślad za tym zaczynają się „podsumowania”, w których blogerzy opisują, że przeczytali w maju 15 książek, „co daje 4152 strony”. Równie poważnie zabrzmiałaby informacja o przeczytaniu 2 kg książek lub 3 metrów książek.


Jak już wspomniałem na początku, opinia zawarta w tytule jest krzywdząca, bo wśród wielu blogerów są osoby wartościowe i solidne, które do swojej misji wskazywania książek wartościowych podchodzą poważnie. Często w tym gronie trafiają się książki nieznane mainstreamowi księgarskiemu, ale warte zainteresowania. Sam mam kilka takich w swoich zbiorach. Tyle tylko, że tam nie ma „podsumowań”, „rozdań” i tym podobnych marnych chwytów.


Kończę w kwaśnym nastroju, zniechęcony natłokiem marnych blogów o książkach, bo wiem, że cierpią na tym i wartościowi blogerzy, i wydawnictwa, i same książki. I już nie ma znaczenia, czy ten targ próżności to efekt wykwitu blogerki, która zachęciła w swojej masie wydawnictwa do zasilania ich swoimi tytułami, czy może odwrotnie – efekt wywołały wydawnictwa zalewające blogerów swoimi marnymi tytułami i przez to stworzyły rynek marnych blogów o książkach. Na tym tracą wszyscy czytelnicy książek.


Wykop Skomentuj5
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura