Można sprzedawać siebie w telewizyjnym okienku, na tym to min. polega. Ale czymś innym jest reżyseria programu, a amatorszczyzną całkowita utrata kontroli nad tym co się dzieje na żywo w studiu. Prowokowanie tylko dla prowokowania interlokutora i werbalna gestykulacja w potoku zachowań kojarzonych z narkotyczno pijackim amokiem w serialu programów Gozdyry nie znajduje refleksji zarówno wśród jej szefów, jak i uczestników. Ich dobór z założenia ma być wystawionym na ring nierozgarniętym sparringpartnerem, którego mistrz w spódnicy okłada. Dla średnio rozgarniętego zawodowca w branży łatwo wychwycić, że autorka jest monitorowana dyszlem wydawcy zza kamery i niewiele jest w narracji Gozdyry samodzielności. Poza rolą nawciąganego clowna. Najwyrażniej również za dużo pigułek, a za mało seksu wybrzmiewa w drugiej z kwartetu publicystów stacji Solorzy mocno reklamowanych po niedawnej awanturze nawet między nimi na wizji. Jak bąkam ponownie nieśmiało dla zawodowców próba wypłaszczenia skandalu podciąganiem pod różnorodność dziennikarskich poglądów to lipa. Tuczenie latami autoopinii o niespotykanym gdzie indziej obiektywizmie właśnie sypie się jak jesienne liście, może poza Grzegorzem Jankowskim, starym pistoletem w tak zwanych brukowcach.
Również wczoraj do kolejnego poddania klasyfikacji ojczystego dziennikarstwa natchnęła mnie rozmowa w PR24 Pawła Wojewódki z akademicką ekspert od mediów i zachowań ludzi polityki. Zaczęło się ciekawie, bo nieobarczona poglądami niewiasta stwierdziła, że nastały żenujące czasy wpuszczania na wizję, antenę oraz gazetowe pióro armii sepleniących niedouków, których język nie ma nic wspólnego z kulturą słowa dla którego radio sto lat temu powstało. Wątek oceny warsztatu dziennikarskiego został brutalnie przerwany protestem prowadzącego Wojewódki, który zaprzeczył, by w jego mediach publicznych taki obraz miał realne kształty. Za argument przytoczył powrót do wydawania kart mikrofonowych, czyli sięgnięcie zasad epoki krwawej komuny. Rozumiem solidaryzm pana Pawła, gentelmana jak Freddy Mercury, ale ten duperelaś też się nie broni jak włączymy nie tylko jego radio.
Wróćmy jednak do telewizji Solorza, bo inne Bóg już całkowicie opuścił. Jakoś tak w środę wieczorem w sztandarowym programie informacyjnym wydawcy wrzucili min. dwie wstawki – procesja w Messynie i kolejne utonięcia na bazie najświeższego dramatu z Darłówka. Było kolorowo i na bogato. Tyle, że podczas katolickich ablucji na Sycylii złodzieje ukradli z parafialnego muzeum pod nosem rozmodlonych wiernych malarstwo za kilkadziesiąt milionów dolarów. A tak zwaną dziennikarską rybką znad polskiego Bałtyku powinien być fakt, że na dno przy czerwonej fladze i w sztomie poszedł proboszcz parafii z Lęborka, który wbrew logice innych oraz rozsądkowi pluskał się przy falochronie z koleżanką. Reporter, uduchowiona niejaka Ziętkiewicz Małgorzata ten wątek dla spokoju Episkopatu przemilczała. Chyba, że nie wiedziała, to jak Gozdyra powinna uczyć w szkole.
Te dwa przykłady nasuwają słynną już od pierwszego wykładu każdych poważnych studiów dziennikarskich anegdotę z 17ego wieku, gdy w Anglii pojawiła się pierwsza gazeta ludzkości Mirror. Naczelny wysłał reportera do Londynu na ślub królowej w pałacu Westminster. Młody człowiek ruszył, ale na wiele tygodni przepadł. Przypadkowo panowie spotkali się później i szef pyta, co się stało? Aspirant reporterki wyjaśnił, że temat odpuścił, bo wesela nie było. Westminster się spalił.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)