Frazesami o świętości demokracji wyciera i wycierało sobie gębę wielu żurnalistów. Można śmiało powiedzieć, że czczenie tego bożka było podstawą wielu oszałamiających karier dziennikarskich. Dla demokracji można poświecić wszystko, wszak to dobro tak wielkie, że każda inna sprawa wygląda na jej tle śmiesznie mała. Oczywiście jak demokracja to i wolność słowa. A jak wolność słowa to i tolerancja. A jak tolerancja to dla wszystkich i wszystkiego. No może z wyjątkiem Radia Maryja, Antoniego Macierewicza, profesora J.R. Nowaka i jeszcze kilku mało istotnych wyjątków.
Ci wszyscy piewcy demokracji, wolności i tolerancji to gatunek rozpowszechniony w całej postępowej Europie i tak naprawdę sprawiają wrażenie ludzi, którzy wyszli spod jednej sztancy.
Logika nakazywałaby sądzić, że to właśnie ta grupa szczerych i bezkompromisowych wyznawców pierwsza zaprotestuje przeciwko wskrzeszaniu odrzuconego demokratycznie konstytucyjnego traktatu. Po kosmetycznych zabiegach na treścią dokumentu w celu wyprowadzenia europejskiej opinii publicznej w błąd to oni wydawałoby się pierwsi zakrzyczą z oburzenia nad skalą manipulacji i oszustwa. Nic z tych rzeczy.
To nie oni nawołują do referendów. Nie oni ostrzegają o niebezpiecznym staczaniu się demokracji w kierunku Pawlaka i Kargula „Demokracja demokracją, ale racja musi być po naszej stronie”.
Nie maja nic przeciwko temu, że jeżeli nie wyszło normalnie i demokratycznie to trzeba zastosować jakieś „czary-mary” dla zachowania pozorów i przeforsowania jedynie słusznej drogi.
Przyjrzawszy się bliżej tym sławom dziennikarskim dojdziemy do dość niepokojących wniosków. Spora część tych orędowników demokracji to lewacy i byli piewcy ustroju z demokracją nie mającego nic wspólnego. Tamten ustrój też zwali demokratycznym.
Przy takich stręczycielach jedynego słusznego ustroju powinien pojawić się co najmniej niepokój.
Wielu „oszołomów” mówi o ograniczeniu bądź nawet utracie przez Polskę niepodległości.
Prym w uspakajaniu zaniepokojonych wiodą ci, którzy uważali , że za poprzedniego systemu byliśmy suwerennym i demokratycznym krajem. Uniki przed referendum i jakąkolwiek merytoryczną dyskusją na temat treści kilkusetstronicowego gniota powinny zapalić ostrzegawcza lampkę w niejednej głowie.
Komu chcą zrobić dobrze? Sobie czy nam?
Może warto zastanowić się nad tym, czy w razie ratyfikacji traktatu, tak naprawdę nie tracimy tego, za co nasi dziadowie przelewali krew? Czy można to forsować nie pytając się narodu o zdanie?
A oto zagrożenia formułowane przez przeciwników takiej formy integracji.
Czy są głupie i absurdalne?
1. Unia Europejska otrzymuje osobowość prawną, przekształca się w europejskie superpaństwo. Państwa członkowskie przekazują na rzecz Unii Europejskiej atrybuty państwowości. W licznych sprawach wyłączne prawo decyzji otrzymuje Unia.
2. Potwierdzona zostaje nadrzędność prawa unijnego nad prawem krajowym, w tym nad narodowymi konstytucjami.
3. Utrata waluty narodowej i własnej polityki finansowej.
4. Utrata prawa weta wobec niekorzystnych dla Polski unijnych decyzji.
5. Budowanie nowego porządku społecznego opartego na negacji Prawa Bożego i Prawa Naturalnego. Promocja patologii uderzających w rodzinę.
6. Zaostrzenie nadzoru i systemu kar wobec ustaw i decyzji krajowych niezgodnych z unijnymi celami. Już dziś tego doświadczamy - sprawa Rospudy, kwoty produkcyjne w rolnictwie i kwoty połowowe dla rybaków, wygaszanie produkcji polskich stoczni, hut, cukrowni itd.
7. Wzrost znaczenia instytucji unijnych - Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej, Przewodniczącego Rady Unii Europejskiej, Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
8. Degradacja polskiego Parlamentu, Rządu i centralnych instytucji państwa polskiego.
9. Traktat z Lizbony praktycznie nie różni się w założeniach i zapisach od Eurokonstytucji odrzuconej wcześniej przez społeczeństwa Francji i Holandii. Przyznają to sami autorzy i promotorzy obu dokumentów.
10. Po wejściu w życie Traktatu z Lizbony pozycja i głos Polski w Europie ulegną znacznemu osłabieniu. Potwierdzają to nawet tzw. euroentuzjaści.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)