To co jeszcze rok temu było nowotworem złośliwym, dziś nie jest nawet zwykłym katarem. Coś co wymagało natychmiastowego zwoływania międzynarodowych konsyliów, dziś wywołuje tylko machnięcie ręką. Objawy, które całkiem niedawno niepokoiły autorytety i śmietankę specjalistów, dziś są zwiastunami zdrowia i powszechnej szczęśliwości. Ci którzy z wypiekami na twarzy i wielka troską pochylali się nad śmiertelnie chorym organizmem dziś przestali reagować na cokolwiek. Zapanował błogi spokój.
Nikt już pacjentowi od rana do wieczora nie zagląda do gardła i nie mierzy co kwadrans ciśnienia. Nie ma setek wypisywanych recept, wstydliwej rektoskopii i wywołującej odruch wymiotny endoskopii. Skończyły się sugestie zalecające zapinanie w kaftan bezpieczeństwa, śledzenie najnowszych trendów diagnostycznych na Jamajce czy wręcz nawoływania do jednoczesnej aborcji i eutanazji pacjenta.
Skąd ta zmiana. Czy odkryto jakiś nowy specyfik leczący wszystkich ze wszystkiego?
Nie. To idzie szczera miłość, która czyni cuda. Jej nosicielami są Donald Tusk i jego tryskająca zdrowiem ekipa.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)