Z opowiadań wiem, że w Alejach Najświętszej Marii Panny w mojej rodzinnej Częstochowie w czasach stalinizmu wybudowano duży drewniany parkiet z desek gdzie w dni wolne od pracy robotnicza brać mogła uderzać w tany ładując akumulatory do dalszej wytężonej pracy i bicia kolejnych rekordów. Obok, tło dla pląsających stanowił wykonany ze stalowych kątowników wykres, na którym widniały dwie krzywe. Czerwona – obozu socjalistycznego zbliżała się do czarnej – kapitalistycznej, by w pewnym momencie ją przeciąć, pozostawić daleko w tyle i ruszyć niemal pionowo wprost do nieba.
Kilkaset metrów dalej w katowniach UB rozprawiano się z tymi, którzy nie byli takimi optymistami jak twórcy wykresu i tańcujący w jego cieniu.
Życie jednak toczyć się musiało dalej. Co prawda szeptano gdzie niegdzie dyskretnie, że morduje się i więzi niewinnych, ale zaczęła działać mocno propaganda, w której kluczową rolę odgrywała dziennikarska brać.
Jej działaniu uległa też moja młoda wówczas i naiwna mama. Jak wielu w tamtym czasie, doszła do wniosku, że otaczające zło dziać się musi bez wiedzy ówczesnego prezydenta Bieruta. No, bo człowiek, który na oczach wszystkich bierze na swe ręce maleńkie dzieci, głaszcze cielaka czy przytula osieroconą sarenkę nie może wiedzieć o dziejącej się krzywdzie.
Napisała wtedy wzruszający list, który był błaganiem o litość i wypuszczenie na wolność jej ojca, a mojego dziadka. Owszem, dziadek wyszedł, ale dopiero późną jesienią 1956 roku, bez zębów, z gruźlicą i odbitymi nerkami. Po jedenastu miesiącach zmarł.
Po 1989 roku w Polsce nie tknięto zdegenerowanych środowisk prawniczych i dziennikarskich i dlatego mamy obecnie do czynienia z wykoślawionym pod każdym względem państwem. Właścicielem jednego z największych imperiów medialnych stał się człowiek, który w czasach komuny był uważany przez Jerzego Urbana za najodpowiedniejszą osobę do ocieplania wizerunku Milicji, SB i ZOMO. To nie prawdzie, a właśnie jemu służy plejada bez ustanku nagradzanych funkcjonariuszy uważających się za kwiat dziennikarstwa.
W większości innych mediów nie jest wcale lepiej.
Dlatego kiedy szykanowany przez tajne służby dziennikarz podcina sobie żyły w kościele, my na ekranach widzimy premiera Tuska otwierającego osiedlowe boisko i wręczającego piłkę uradowanym dzieciom. Obrazek jest tak sielski i wzruszający, że żadnemu z dziennikarzy nie przyjdzie do głowy psucie atmosfery pytaniem, co z obietnicami „komputer dla każdego” czy „laptop zamiast tornistra”? Gdzie zapowiadany i ponoć już istniejący zespół powołany do otwarcia archiwów IPN, skoro nikt, nawet Schetyna nie zna jego składu i nie bardzo wie o jego istnieniu?
A może Tusk bezczelnie i perfidnie kłamie?
Żaden problem.
Wtedy Pan Walter zleci wykonanie przebitki premiera z bezdomną sarenką, a zaproszeni do studia eksperci stwierdzą jednogłośnie, że ludzkie chłopisko z tego Tuska.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)