Wojciech Sadurski niemal tygodnia potrzebował na główkowanie, jakby tu potarmosić za nogawkę Bronisława Wildsteina. Zadanie miał tym razem dość trudne.
Ach gdyby to chodziło o programy byłego żurnalisty i niedoszłego kandydata na prezydenta Tomasza Lisa, Luny Brystygier polskiego dziennikarstwa Moniki Olejnik czy redaktora Zażako- Zażakowskiego, to byłaby to bułka z masłem. Kłamstw, manipulacji i stronniczości wszak ci u nich dostatek.
Pan profesor jednak ustawił się w swoim życiu po stronie tych, którzy plują z wiatrem. Jednak w wypadku nowego programu Wildsteina i to okazało się za mało.
Tu trzeba jeszcze podskakiwać, aby sięgnąć wyżej nogawki.
Na wstępie, więc występujących w programie młodych adeptów dziennikarstwa branych przez autora w cudzysłów nazwał trzódką, co w domyśle oznacza zapewne trzodę chlewną. Ma to uzmysłowić nam wszystkim, że traktowanie Wildsteina jako mistrza i autorytet jest godne tylko niezbyt estetycznych zwierząt ryjących.
Wszystko jest ok dla Szanownego Pana Profesora, kiedy w programach telewizyjnych spędzani do studia kibole owacyjnie reagują na sam widok przystojnego Tomka, czy wręcza się nagrody „Dziennikarza roku” za zakładanie podsłuchów.
Ale jak tu zdzierżyć młodzież odnoszącą się z szacunkiem do jakiegoś oszołoma Bronka?
Nie ma sensu na analizowanie dogłębne wypocin Sadurskiego. Po wykręceniu tej ścierki zostaje, bowiem tylko sama złośliwość i widoczna niechęć do autora środowego programu.
Dlaczego tak późno napisał Pan ten tekst Panie Profesorze?
Czyżby nawał zajęć?
Bardo możliwe. Wszak jeszcze w czwartek bronił Pan w programie Pospieszalskiego swojej koleżanki Wandy Nowickiej. Piszę koleżanki z tego względu, że oboje czerpiecie garściami z kasy postępowej UE, a to przecież zobowiązuje.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)