Cały tydzień byłem na Jamnej koło Tarnowa, gdzie istnieje Respublica Dominicana, założona przez dominikanina, ojca Jana Górę. Jest to zarazem sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei, koronowanej w obrazie swoim przez papieża Jana Pawła II. Miejsce bardzo święte i naprawdę cudami wsławione, choć małe i zagubione w górach. Wespół z rodziną moją, garstką przyjaciół, szerokim gronem współbywalców i przygodnymi pielgrzymami – modliłem się tam, śpiewałem (brewiarz między innymi) oraz organizowałem amatorskie Misterium Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Krótko mówiąc – byłem jednym z wielu.
14 sierpnia pojawił się na Jamnej na krótko Leszek Miller z małżonką. Ojciec Jan Góra przywitał ich publicznie podczas Mszy świętej w wigilię Wniebowzięcia – tak jak witał innych VIPów (starostę, kustosza sanktuarium błogosławionej Karoliny Kózkówny w Zabawie, rektora UAM; i tak, jak niegdyś honorował Lecha Kaczyńskiego, kiedy tenże jako prezydent RP objął patronat nad spotkaniem młodzieży).
Wizyta Leszka Millera nie pozostała jednak bez drobnych reperkusji politycznych. W poniedziałek były premier udzielił wywiadu „Sygnałom Dnia” w Pierwszym Programie Polskiego Radia. Mówił o Krzyżu pod Pałacem Prezydenckim:
„Wie pan, zwykle się mówi, że wokół krzyża tworzy się jakaś wspólnota, i to jest prawda, ale w tym przypadku tworzy się wspólnota negatywna, przeciw czemuś. Ja kilka dni temu w [...] [Jamnej] widziałem wspólnotę pozytywną, widziałem ludzi bardzo przejętych swoją wiarą, tam u ojca Góry, i mam możliwość porównania.”
Zapewne w mniemaniu Leszka Millera słowa te były czystym i bezinteresownym komplementem w stosunku do jamneńskiej wspólnoty. To bardzo miło. Ale prawda jest taka, że NA PEWNO, przynajmniej dla części jamneńskich obywateli, sprawa Krzyża na Krakowskim Przedmieściu nie jest bynajmniej oczywista i jednoznaczna. Że zagmatwana – to tak, owszem. Ale czy wspólnota tam czuwająca jest rzeczywiście zamknięta?
Mam nadzieję, że nikt słuchający Programu Pierwszego Polskiego Radia nie zrozumiał wypowiedzi byłego premiera w ten sposób, że jamneńska wspólnota odcina się od ludzi czuwających przy Krzyżu przed Pałacem. Przede wszystkim takich problemów się na Jamnej nie tyka. Tam się o polityce publicznie nie rozmawia, tylko się modli. A za ludzi stojących pod Krzyżem – jak i za ich przeciwników – zanosiliśmy codziennie publiczne modlitwy. I każdy rozumiał to, jak chciał.
I niech tak zostanie.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)