tekst ukazał się macierzyście na www.kresy.pl
tekst ukazał się macierzyście na www.kresy.pl
Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
577
BLOG

los kraju, gdzie pomocy na obywatelstwie wyprosić nie można

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Kultura Obserwuj notkę 0

|...czyli śmierć na Kresach w Konstytucji obronie|
Powracam do tego, co nastąpiło w rok po Konstytucji 3 maja. Czyli do zdrady i do wojny z Rosją.

|Mohort, kresowy czciciel hetmanów|
Nad trasie ruskiej inwazji miał swoje stanowisko stary oboźny – Szymon Mohort. Późniejszy bohater Wincentego Pola i legenda Kresów, ale wcześniej, co do nazwiska – nie legenda, lecz postać prawdziwa. On istniał rzeczywiście. Wedle Pola – a raczej wedle wysłuchanej przez Pola gawędy hrabiego Ksawerego Krasickiego – Mohort był staro obyczajny. Dlatego tradycyjnie bardziej poważał hetmana niż króla:

Tak zaś wysoko zasługi oceniał,
Że po pacierzu, sercu w upominek
Imiona wszystkich Hetmanów wymieniał,
A potem mówił „Wieczny odpoczynek” [...]
A kolej dziejów miał tak ułożoną,
Żeby i we śnie dokończył jej pono.
„Klemens Branicki!” – tu się zwykle wstrzymał –
To już ostatni! – dodawał powoli –
„To już ostatni! Panie! i to boli...”

|Hetman -zdrajca Kresów i Boruszkowce|
Kiedy nastąpiła inwazja, nasi poczęli się cofać. Pewno ku przerażeniu Mohorta hetman Branicki (ale już Franciszek Ksawery, nie Klemens) jechał za rosyjskimi wojskami i jako znający najlepiej teren wskazywał im drogę w głąb Ojczyzny. Mohort był w armii koronnej; w przeciwieństwie do armii litewskiej, koronna cofała się w porządku, walecznie, z epizodami bohaterskimi. No, ale cofała się, bo nic innego jej nie pozostawało. 

W czerwcu nasza ariergarda pod wodzą Michała Wielhorskiego poszła na Połonne, za księciem Józefem. Za ariergardą – szybko kroczył ruski generał Kachowski. Miał przewagę w liczbie żołnierza i armat, z nim też był wspomniany hetman Branicki. Kachowski pisał o nim wtedy do Katarzyny: „dla żarliwości swojej w służbie Waszej Cesarskiej Mości będzie mi towarzyszył pod Połonne”. Ale żeby dotrzeć do Połonnego, trzeba się było przeprawić w Boruszkowcach przez groblę na rzece Derewiczce. Opowiadający w poemacie Pola podwładny Mohorta - opowiada:

Gdyśmy na groblę weszli boryszkowską,
Już się zdawało, że z pomocą Boską
Ujdziem szczęśliwie. Poczęło się mroczyć...
Spieszno nam było, więc trochę w nieładzie
Zbite szeregi jęły się w bród tłoczyć. [...]

Nasi byliby zdążyli, ale... jak to napisał Wielhorski do księcia Józefa: „taki jest los wojska w kraju, gdzie żadnej pomocy, nawet dróg i przepraw dobrych na obywatelstwie wyprosić nie można”. Bo niestety, doradca księcia Józefa, jak pisze Wielhorski, „skierował” ich „na drogę najniemożliwszą”. Znów Pol:

Wtem straszny łomot i tysiączne głosy
Wojennej trwogi wzbiły się w niebiosy.
- Co tam?!
             - Na przedzie most się nagle zwalił,

A nieprzyjaciel w tejże samej chwili,
Gdyśmy się z trwogą na groblę wtłoczyli
Z tyłu, w kolumnę, ze trzech dział wypalił;
I na trzech liniach czysto jak po miotle,
A koło mostu zawrzało jak w kotle.

No tak. Most, nie opatrzony należycie, zwątlał pod kopytami rumaków kawalerii narodowej, aż wreszcie załamał się pod wozem z amunicją. I wtedy, jak znów napisał Wielhorski do księcia:

Bagaże przegrodziły nam przejście na boruszkowickiej grobli. [...] Oto jestem odcięty od połowy wojska. [...] Jestem w bezmiernej rozpaczy, ale z naszymi ludźmi potrzeba stracić honor i opinię. Idę dać się zabić.


Na naprawę mostu nie było czasu, wyrywane ze młyna części odrzwi i drewniane bale nie na wiele się zdały. „Groblę, oślizłą ulewą i krwią rozlaną, ustawicznie ryły pociski, zawalały wozy rozbitego taboru”(to już nie Wielhorski, ale cytat z klasyka – Adama Wolańskiego monografii „Wojna polsko-rosyjska 1792 roku”). Pod takim ogniem nie dało się mostu udrożnić.

|Ostatnia szarża Mohorta|
A jednak, choć nasi mieli odwrót odcięty – i choć byli pod ostrzałem – stawili opór, walcząc „jak lwy”. Aż dziw bierze, że idący na nich liczniejsi grenadierzy jekaterynosławcy, przyjęci okrzykiem „hurra”, kartaczami i kontratakiem, dali nogę sądząc, że Polakom przyszły w pomoc jakieś posiłki. Raźno poczynał sobie niejaki szeregowy Joachimowski, „rodem Moskal”, ale w polskiej służbie, który osobiście opanował młyn i wypłoszył nieprzyjaciela z przedpola (dowódca wystąpił dlań potem o nobilitację i awans na towarzysza). Ale Wincenty Pol pisze tu przede wszystkim o swoim Mohorcie. Że w tymże momencie:

Po trupie Mohort przedarł się na siłę [...]
I krzyknął: „Baczność! Równaj się szóstkami!”
W połowie grobli ta mogiła stała
I gdy komenda z jej wierzchu zagrzmiała,
Każdy zrozumiał, że pójdziem na działa.

Mohort pójść miał pierwszy:

Z dział uderzono, i w szarym obłoku

I wódz i oddział zginął nagle oku...

...i pierwszy polec:

Czekamy chwilę – koń Mohorta wraca...
A Ostaszewski – „Teraz na nas praca!
Marsz!”

Pol rzecze, jakoby po śmierci bohatera druga szarża kawalerii narodowej wzięła ruskie działa i że dzięki temu nasi mogli wycofać się w spokoju. Prawda była niestety inna. Polski kontratak załamał się w morderczym ogniu moskiewskich dział. Potem zdołano już tylko zatopić w błocie własne armaty, a reszta wojska przekradała się w pojedynkę, brnąc po pas w bagnie.

|Podzwonne|
W niedalekim klasztorze ojców bazylianów Mohort miał osobną celę, starannie pod jego nieobecność opieczętowaną, w której przechowywał pewne swoje cenne rzeczy i w której przemieszkiwał podczas dorocznych rekolekcji. I oto po boruszkowickiej potyczce przybył nagle z tego klasztoru do wojska polskiego ksiądz Rektor. I opowiedział, że w dniu potyczki na grobli –

Przed samą wieczerzą,
Strwożeni bracia korytarzem bieżą,
Więc ich wstrzymuję i pytam, a oni
Mówią że dzwonek loretański dzwoni
W pana Mohorta celi, choć zamknięta.
Patrzę na pieczęć, w istocie nietknięta,
Więc rzekłem braciom: Oto palec Pański...
Od wszego złego w modlitwie obrona...
A gdy nas wzywa dzwonek loretański,
Módlmy się bracia – to pan Mohort kona!...

|I co z tego|
Dzięki Polowi kompromitująca klęska roku 1792 zyskała, prócz istniejących już (książę Pepi, Kościuszko) jeszcze jedną krzepiącą legendę. Jak inne – tak i ta jest przesadzona, przemalowana, acz może od niejednej innej piękniejsza. Takie prawo legend. Ta jednak prócz piękności ma jeszcze dwie cechy szczególne: raz, że została zapomniana, a dwa, że głównym bohaterem czyni człowieka zasad żelaznych i katolickich, innych, niż masońsko-oświeceniowo-rewolucyjne lub rozpustne, jakimi kierowali się – tu się nie oszukujmy – liczni nasi narodowi bohaterowie końca XVIII stulecia. Dlatego legendę Mohorta szczególnie przypominam.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura