kosmaty54 kosmaty54
212
BLOG

Pani Henia jak Maduro?

kosmaty54 kosmaty54 Polityka Obserwuj notkę 31
Wenezuela leży na ropie naftowej, co absolutnie nie przekłada się na bogactwo jej mieszkańców. Ba, przekłada się, ale odwrotnie od przewidywanego. Dzisiejszy świat, który choć dla oka przylizany został na demokratyczną i wolnościową modę, wciąż napędzany jest standardami etyczno-moralnymi okresu eksploatacji obszarów kolonialnych. A to sprawia, że obywatele niektórych państw-posiadaczy bogactw geologicznych żyją gorzej niż wtedy, gdyby tych surowców w ogóle nie mieli

     Nicoals Maduro Moros na szczęście nie urodził się w Polsce i jest to już dobry powód, byśmy cieszyli się, bracia i siostry. Głównie dlatego, że dwóch działaczy związkowych, ludzi podobnych w swoim nieokrzesaniu, ignorancji, megalomanii a zarazem zapędach dyktatorskich kompletnie wyniszczyłoby to biedne państwo, nie zostawiając kamienia na kamieniu. A przecież naszym wybitnym politykom zawsze chodzi o to, by pozostawić po sobie kamieni kupę, o figlarnych częściach ludzkiej anatomii już nie wspominając.

     Tak więc nie - chłop wyczuł bluesa, domyślając się, że jeden jak ich dwóch, ten z Gdańska, nam wystarczy i zachował się elegancko, przychodząc na świat daleko, bo aż w Caracas, w Wenezueli. W każdym razie im dalej, tym lepiej, bo ludzie zmieniają miejsca zamieszkania i nigdy nie wiadomo, gdzie zechcieliby się przemieścić – na zgubę tubylców, co obserwujemy w czołowych cywilizacjach Europy. Ale że to silne państwa, więc trzeba było dopiero aż najazdu setek tysięcy, jeśli nie milionów Madurów – też smagłych, tylko trochę inaczej - aby procesem stałej destrukcji powoli sprowadzać je do epoki kamienia łupanego, z którego przy odrobinie pomysłowości i dobrej woli można zbudować meczet z przystawką, czyli minaretem. Natomiast Polska jest słaba, więc jeden, też wąsaty Maduro wystarczył, tym bardziej że natychmiast zjednał sobie bliżej niewytłumaczalną sympatię oraz bezgraniczne zaufanie przynajmniej połowy zamieszkującej kraj społeczności. A ta właśnie ułomna część nie potrafiła się przed pewnymi niebezpieczeństwami obronić, bo mimo ponadtysiącletniej historii wciąż nie nauczyła się być narodem przejawiającym instynkt samozachowawczy. Smutne, prawda? No dobrze, to wróćmy teraz do Latynosów.

     Tu trzeba przypomnieć, że Wenezuela leży na ropie naftowej, co absolutnie nie przekłada się na bogactwo jej mieszkańców. Ba, przekłada się, ale odwrotnie od przewidywanego. Dzisiejszy świat, który choć dla oka przylizany został na demokratyczną i wolnościową modę, wciąż napędzany jest standardami etyczno-moralnymi okresu eksploatacji obszarów kolonialnych. A to sprawia, że obywatele niektórych państw-posiadaczy bogactw geologicznych żyją gorzej niż wtedy, gdyby tych surowców w ogóle nie mieli. Dlaczego? To proste, bo nie byłoby ich z czego okradać i w imię czego ekonomicznie i politycznie zniewalać, złupić i ogryźć do białej kości. Jest to więc pewien rodzaj cudu gospodarczego, tyle że postrzeganego odwrotnie. Zgodnie z nim posiadanie staje się przekleństwem wyzysku, biedy i przemocy. Czyli jak w Afryce, gdzie surowce mineralne stały się klątwą kontynentu, który wciąż nie może - mimo posiadanych możliwości – wybić się na niezależność i zabezpieczenie podstawowych potrzeb swoich mieszkańców.

     No ale ja o tych brzydkich obliczach świata tylko tak na marginesie, żebyśmy wiedzieli, kto kogo zjada i dlaczego. I żebyśmy mieli świadomość z jakiego powodu musimy sprowadzać gaz z USA, Kataru i złóż norweskich, skoro po przyłożeniu zapałki do tego łupkowego, zalegającego tuż pod naszym tyłkiem, wylecielibyśmy wszyscy w powietrze. Tylko co do Polski ma Maduro. O właśnie!

     Otóż drogi Nicolas z zawodu prezydentem jest, a w zasadzie był od lat dwunastu. Przedtem pracował jako kierowca autobusu, działacz związkowy, polityk, delegat do Zgromadzenia Narodowego, minister spraw zagranicznych, czyli taki nasz Radek, tyle że bez doradczego akompaniamentu Anne Applebaum, a później wiceprezydent u Hugo Chaveza. Można więc nawet uznać, że jak to mówią Polacy jego background potwierdzałby posiadane kompetencje do sprawowania władzy, gdyby nie fakt, że nie ukończył szkoły średniej. Wypadałoby jednak wykazać się większym zrozumieniem dla ludzi dotkniętych losową niewiedzą i przyjąć założenie, że bardzo chciał zostać kimś, no i został, bo przecież chcieć to móc. Zwłaszcza iż w roku 2013 wyznał w jakimś wywiadzie, że jego dziadkowie pochodzili z Żydów sefardyjskich i po osiedleniu się w Wenezueli przeszli na katolicyzm. Czyli jak by nie było, już z założenia miał mocne karty w ręku do sprawowania władzy, o czym Trump nie wiedział, bo gdyby wiedział, natychmiast uznałby go za demokratycznego przywódcę i przyjaciela Ameryki.

     I tu pomyślałem sobie - a że nie jestem na myśl chciwy, to się nią z wami podzielę - o zbieżności życiorysów i karier dwojga ludzi: Maduro i… Nie, jednak nie przywołanego już wcześniej Bolka, ale Henryki Krzywonos oraz podobieństw, które ich łączą. On przy kości i ona kobieta niczego sobie, on kierowca autobusu, ona tramwajarka, on strajkował i ona strajkowała, on poszedł w politykę i ona też, on był delegatem do Zgromadzenia Narodowego i ona była posłem, on stał się bohaterem satyrycznej filmowej kreskówki i jej postać znalazła się również w ahistoryczno-satyrycznym filmie Wajdy o Wałęsie. Sęk tylko w tym, że pani Henia nie została prezydentem. I czort wie dlaczego, bo referencji nie miała gorszych od pana Nicolasa. Wystarczyłoby dla lepszego wizerunku wyszczuplić ją, skasować podgardlaną, ubrać w garnitur żeński od Armaniego, buty od firm Prada lub Santoni, a dla intelektualnego ocieplenia prezencji dołożyć modne okulary w złotych oprawkach. No i oczywiście zadbać o topową kłafiurę. I co, budziłaby wątpliwości? Na początku na pewno nie.

     Rzecz jednak w tym, że Nicolas był dyktatorem, a dyktatorzy mają to do siebie, że nie ufając nawet najbliższemu otoczeniu starają się układać podległą im rzeczywistość według własnych pomysłów. To znaczy kreować życie polityczne, gospodarcze i społeczne kraju w zgodzie z własnym widzimisię, przy czym głównie z uwagi na brak wiedzy i pomyślunku widzimisię to bywa chrome, a tym samym uciążliwe dla ogółu. Żeby to lepiej zrozumieć, to znaczy różnicę pomiędzy demokracją a dyktaturą, odwołajmy się do przykładu bród i wąsów. Oto w Polsce ludzie zapuszczali lub przyklejali sobie ,,wąsy Małysza”, bo tak chcieli, co było idiotyczne, ale na poziomie dowcipu gawiedzi na pewno śmieszne. Natomiast w Iranie, po powrocie Chomeiniego, wszyscy mężczyźni zapuścili brody nie dlatego, że tak chcieli, tylko dlatego, żeby nie zgubić głowy i jakiejkolwiek śmieszności trudno byłoby się w tym doszukać. Próbowano nawet dokonać tego samego zabiegu na kobietach, to znaczy, żeby je bardziej owłosić, jednak z bliżej niewyjaśnionych przyczyn zamysł ten spalił na panewce.

     Tak więc życie w państwie dyktatury może być więc w jakiś sposób niemiłe, czasem nawet do tego stopnia, że z Wenezueli uciekło przed dobrodziejstwami życia oferowanymi przez Maduro ponad osiem milionów ludzi.

     Dobrze, to teraz wyobraźmy sobie, że w Polsce od lat dwunastu dyktatorską władzę sprawuje Henryka Krzywonos. Już po obróbce chirurgią kosmetyczną i drakońską dietą może nawet uwodzicielska zewnętrznie, jednak wciąż z tą samą wiedzą/niewiedzą - niepotrzebne skreślić oraz mentalnością prostej kobieciny. Na dodatek dociskającej ludziom śruby w obawie przed utratą władzy, co jest typową bolączką wszystkich dyktatorów. Im więcej społecznego niezadowolenia, tym więcej śruby. Czy chcielibyście żyć przez kilkanaście lat w rządzonym przez nią państwie? W otoczeniu pustych sklepowych półek, szalejącej inflacji, zapaści nie tylko służby zdrowia, ale i innych dziedzin życia decydujących o normalnej egzystencji obywateli? Czy ponownie zdecydowalibyście się żegnać na nie wiadomo jak długo synów i córki szukających lepszego życia za granicą? A mówiąc inaczej, czy chcielibyście cofnąć się do lat osiemdziesiątych? Nie? To nie dziwcie się, że większość Wenezuelczyków przywitała zmiany z radością.

     I wy też byście przywitali je z ulgą nawet wtedy, gdybyście wiedzieli, że to nie wyłącznie głupota i zła wola dyktatora decydowały o waszym losie, ale i gabinetowe decyzje tych, którzy go porwali. A jeśli w związku z zaistniałą sytuacją niektórzy z was nie byliby pewni jutra, inni doznaliby uszczerbku na honorze z powodu obcej interwencji, a jeszcze inni zostali pozbawieni przywilejów ustanowionych dla korpusu oficerskiego i służb bezpieczeństwa oraz poputczików władzy, to droga z bronią w las zawsze byłaby wolna – dla chcącego nic trudnego.

     Co, że broń nie taka jak trzeba albo las za daleko? Rozumiem, nawet nie przewidywalibyście tej opcji? Hm, tak też myślałem. W takim razie siedzcie cicho, a zwracam się do atakujących Trumpa i Amerykanów polskich lewaków, którzy zamordyzm wyssali z czerwonym mlekiem matki i raz już zafundowali Polakom bladolicego Maduro w ciemnych okularach.


Zobacz galerię zdjęć:

kosmaty54
O mnie kosmaty54

świat przestał mnie dziwić

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (31)

Inne tematy w dziale Polityka