kosmaty54 kosmaty54
109
BLOG

O trzech batonikach

kosmaty54 kosmaty54 Społeczeństwo Obserwuj notkę 10
Każdy woli słuchać wyłącznie swoich racji niż zaprzątać sobie głowę cudzymi – bądź co bądź niejako a priori uznanymi za fałszywe. A skoro te są fałszywe, więc stratą czasu byłoby zapoznawanie się z nimi, co zamyka koło niewiedzy wpisanej we własną arogancję

     Tak, wiem, wiem, oprócz zadaniowanych partyjnych trolli przychodzą do Salonu wyłącznie polityczni eksperci, z których każdy ma swoja opinię, rzecz jasna jedynie słuszną. I jeśli już łączy go coś z jego oponentem, to fakt, że według tego drugiego jego zdanie jest również jedynie słuszne, a nawet słuszniejsze, jeśli nawet nie najsłuszniejsze ze słusznych, o czym notabene sam z siebie niejako jest w pełni przekonany. Albo przekonał go o tym za drobne jego prowadzący. W związku z tym każdy woli słuchać wyłącznie swoich racji niż zaprzątać sobie głowę cudzymi – bądź co bądź niejako a priori uznanymi za fałszywe. A skoro te są fałszywe, więc stratą czasu byłoby zapoznawanie się z nimi, co zamyka koło niewiedzy wpisanej we własną arogancję. Tu dodam, że dla ekspertów tej klasy, jaka prezentują nasi salonowcy, wstydliwą stratą czasu.

     Ja jednak postanowiłem zaryzykować i opowiedzieć wam trzy krótkie proste historyjki o wafelkach czy batonikach – sam nie wiem, jak je nazwać, ale nieważne. Niech się Amerykanie tłuką o cudze interesy, jak w Iraku, Afganistanie czy Syrii, choć szkoda i chłopaków, i tego, że muszę za to płacić, a my poczytajmy dziś, jak to dawniej bywało. Na pewno nie będzie na słodko, choć tytuły to sugerują, bo przesładzanie czy niedopowiadanie rzeczywistości nie leży w mojej naturze. Zatem zaczynamy od pierwszego z nich, który nas nieco odsłoni. Na słodko-kwaśno tym razem.

    WAFELEK NUMER JEDEN, CZYLI BATONIK LUTKA

      Życie bywa smutne i brutalne nawet wtedy, gdy ma smak angielskiej czekolady. Opowiadał mi onegdaj mój zmarły znajomy - Lutek mu było, jak to w czasie wojny, to znaczy w czasie drugiej wojny światowej, a nie w trakcie stanu wojennego, który wśród cierpiących na brak kombatanckich przeżyć walki i męczeństwa świadomościowo awansował do roli konfliktu zbrojnego, no więc w czasie normalnej, znaczy prawdziwej wojny Lutek skosztował czekoladowy batonik. Angielski, co mówię, żeby potwierdzić jego wyższość nad każdym innym batonikiem, zaś okoliczności tego wydarzenia były dość szczególne.  

     Otóż w jakimś zapchlonym polskim pierdziszewie, w którym przyszło mu wraz z rodziną przez kilka lat okupacji pomieszkiwać, Niemcy opróżniali miejscowe getto, kierując kolumny Żydów w stronę kolejowej rampy. Gdy tylko w dzielnicy umilkły wrzaski żandarmów i nieliczne strzały, zapanowała nagła cisza i wtórująca jej pustka. A w nią wkradały się jedynie poruszane wiatrem po kocich łbach jakieś papiery, części ubrań, podrywane podmuchami pierze oraz tu i tam przyssane w dziwnych pozach do bruku i trotuarów leżące zwłoki – jedyne dowody wcześniejszego, odchodzącego z każdym kolejnym dniem życia i zarazem jego ostatecznego brutalnego kresu.

     Jednak już chwilę później do akcji, niemal na wyścigi, wkroczyli szabrownicy, którzy nie byli, niestety, ukraińskiego pochodzenia. Zaś na szabrowników polowała granatowa policja, ale nie żeby systemowo jakoś, tylko raczej wybiórczo, zwłaszcza w sytuacjach, gdy upatrzone wcześniej lepsze kąski mogłyby jej przepaść. No i tak się stało, że i tatula Lutka oraz jego przyrodniego, dużo starszego brata ,,panowie policja pochwycili” – zupełnie jak Felka Stankiewicza, choć nie w łóżku, za to z pierzynami. Widząc prowadzonego przez granatowych w stronę komendy męża, matula podbiegła do nich, upraszając z pokorą, żeby go puścili, bo za przejawiającym nadmierny apetyt dorastającym pasierbem raczej nie zamierzała się wstawiać. No a gdy jej prośby i zawodzenia nie przekonały panów policjantów, zaczęła się z nimi szarpać. Oj, nie spodobało się to mundurowym, oj nie, więc niewiele myśląc jeden z nich potraktował ją w celach czysto wychowawczych kolbą niesionego karabinu. Nie żeby jakoś boleśnie, bo kosztowało ją to tylko złamany nos, podbite oko i utratę dwóch zębów, niemniej zasłyszana pogłoska, że pochwyconych wyślą na roboty do Niemiec odebrała jej nadzieję na okupacyjne przetrwanie. Mąż był chłopem dobrym, ale tylko w łóżku. No i potrafił skombinować coś do żarcia, co jej zdaniem równoważyło jego ciężką rękę – często nie mniej ciężką od tej kolby, która oberwała w facjatę. Przysiadła więc na krawężniku, ocierając rękawem gile zmieszane z łzami i krwią i głaszcząc po głowie drugą ręką wtulającego się w nią małego Lutka.

     Aż tu nagle naprzeciwko nich zatrzymał się osobowy samochód, a zaraz za nim ciężarówka, z której wysypał się oddział Niemców. Z samochodu wysiadł oficer SS i wojskowy reporter z kamerą. Ale zanim poszli w stronę getta, oficer przyjrzał się zakrwawionej kobiecie, powiedział coś z uśmiechem do fotoreportera, a ten uwiecznił moment na celuloidzie. Później zatrzymał się przy zapłakanym maluchu, wyjął z kieszeni mały czekoladowy batonik i wręczył mu go, mówiąc coś z zachętą w głosie, czego Lutek nie pojął. Natomiast batonik zjadł natychmiast, gdy tylko Niemcy odeszli, a czerwony papierek z błyszczącymi białymi i złotymi napisami schował do kieszeni portek.

     - Patrz – podał mi go, starannie wygładzony i nadal przyciągający wzrok z lekka już przygasającą po latach feerią barw i odblasków, gdy siedzieliśmy u niego w mieszkaniu, racząc się kawą. – Mam go do dziś. Na pamiątkę. Nigdy w życiu nie jadłem tak wspaniałej czekolady, wiesz, nigdy… Może dlatego, że angielska – pewnie z przechwyconych zrzutów. No pomyśl tylko: ja, pięciolatek z gilem do pasa, który prawie nie znał smaku takiego rarytasu, a tu od razu batonik… Nie dość, że od Niemca, to na dodatek prosto z Albionu. – Uśmiech, zaduma i kolejny łyk kawy. - No a oficer, ten esesman, to był nawet fajny chłop. Przecież mógł kazać nas też wysłać na roboty. Albo nawet wymyślić coś gorszego…

     Znów na moment odpłynął we wspomnienia, by dodać  po chwili. - Taa, dzięki tej czekoladce to był naprawdę dobry dzień, wiesz, taki, co się pamięta. – I widząc moje zdziwienie dorzucił od niechcenia: - A starego nigdy już nie widziałem. Ani jego syna. – Siorbnął kawę i uśmiechnął się. - Zresztą nie musiał zginąć. Sam bym go wyśmiał, gdyby uległ pokusie powrotu do kogoś takiego jak ja. Wybaczam mu. Zresztą on również był tylko łobuzem.

     Ponownie popadł w krótką zadumę, a potem rzucił, ot tak, niby bez emocji: - A Żydzi… Podobno Niemcy wywieźli ich do Treblinki i wszelki słuch o nich zaginął. – Zrobił kolejna przerwę, spuszczając przy tym wzrok. - Wiesz, jakoś łatwiej znieść ich los, gdy myśli się o nich jako o bezosobowej masie, niż wtedy, gdy przywołuje jedna po drugiej znajome twarze. - Następna krótka przerwa, z szybkim przetarciem wierzchem kciuka lekko spoconego oka. - To pewnie dlatego, że w nich utrwaliło się prawdziwe, konkretne życie, a w masie skrywa się jedynie mocno zamglona już, coraz mniej wzruszająca historia.


kosmaty54
O mnie kosmaty54

świat przestał mnie dziwić

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo