4 obserwujących
65 notek
68k odsłon
  340   0

W kwestii zakazanego „Z”

Tekst dostępny także pod adresem http://bartlomiejkozlowski.pl/banofz.htm, dalej link do wersji PDF


Jeszcze zupełnie niedawno (powiedzmy, że do 23 lutego 2022 r.) „Z” było niczym więcej, jak po prostu jedną z liter polskiego i generalnie rzecz biorąc łacińskiego alfabetu – niewywołującą większych emocji od wszelkich pozostałych. Jeśli więc ktoś narysował literę „Z” np. na murze, to być może, że ktoś mógłby się zastanawiać nad tym, co miałaby ona znaczyć – czy może to, że podpisał się Zenek, czy może, że podpisała się Zosia. W kategoriach prawnych mogło to być jednak traktowane co najwyżej jako przejaw drobnego wandalizmu – a więc, z reguły przynajmniej, wykroczenie. Zaś np. umieszczenie dużej litery „Z” na stronie internetowej, czy też stronie książki lub tradycyjnej gazety było czynem w oczywisty sposób prawnie obojętnym i co więcej takim, którego karanie nie przychodziło zapewne nikomu do głowy.

Obecnie litera „Z” jak chyba wiemy, nabrała zupełnie innego wydźwięku. Literą tą jeszcze przed rozpoczęciem inwazji Rosji na Ukrainę zaczęły być oznaczane pojazdy armii rosyjskiej, stacjonujące w pobliżu granicy Rosji z Ukrainą. Wraz z rozpoczęciem wojny litera ta zaczęła być powszechnie postrzegana jako symbol rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie. Dodajmy, że w Rosji najczęściej w sposób pozytywny (pamiętajmy przy tym, że wyrażanie negatywnych opinii w kwestii, jak to się tam określa „operacji specjalnej” na Ukrainie jest w Rosji rzeczą cokolwiek ryzykowną – grozi tam za to nawet 15 lat więzienia), poza nią najczęściej przeciwnie.

Emocje, jakie po napaści Rosji na Ukrainę zaczęła wywoływać zupełnie niewinna wcześniej litera „Z” sprowokowały pomysły, by używanie tej litery – choć oczywiście, że nie w takich przypadkach, kiedy jest ona po prostu używana jako część zawierających ją wyrazów – traktowane było jako przestępstwo, zagrożone karą grzywny bądź nawet więzienia. Jako pierwsi taki pomysł postanowili zrealizować Bawarczycy. Minister sprawiedliwości tego niemieckiego landu Georg Eisenreich postanowił, że publiczne używanie litery „Z” jako wyrazu poparcia napaści Rosji na Ukrainę będzie ścigane na podstawie art. 140 niemieckiego kodeksu karnego, który przewiduje karę do 3 lat więzienia bądź karę grzywny za publiczne aprobowanie popełnienia bądź usiłowania popełnienia pewnych (choć nie wszelkich – por. w tej kwestii art. 255 § 3 polskiego kodeksu karnego) przestępstw – w tym między innymi ludobójstwa, zbrodni przeciwko ludzkości oraz zbrodni wojennych.

W Polsce też pojawiły się pomysły ścigania za używanie litery „Z” na postawie już istniejących przepisów kodeksu karnego – takich, np. jak art. 117 § 3, zgodnie z którym przestępstwem zagrożonym karą od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności jest publiczne nawoływanie do wszczęcia wojny zaczepnej oraz publiczne pochwalanie wszczęcia lub prowadzenia takie wojny, czy też art. 126a, który przewiduje taką samą karę za publiczne nawoływanie do popełnienia czynu tego rodzaju, co ludobójstwo, zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne lub – co w tym kontekście jest szczególnie ważne – za publiczne pochwalenie popełnienia takiego czynu (czy też oczywiście wielu takich czynów). Tego rodzaju opinię wyraził np. wspomniany poniekąd w moim niedawnym tekście profesor prawa karnego z UJ Mikołaj Małecki.

Jednak już niedługo używanie litery „Z” (oczywiście, nie jako części każdego wyrazu, w którym litera ta występuje, nie można sprowadzać całej tej sprawy do aż takiego absurdu) będzie mogło być w Polsce karane bez szczególnego wnikania w to, czy konkretny przypadek posłużenia się tą literą ma na celu pochwalenie napaści Rosji na Ukrainę, bądź tym bardziej pochwalenie dokonywanych przez rosyjską armię zbrodni na terytorium Ukrainy. Wniosek taki wynika z faktu umieszczenia w podpisanej już przez prezydenta ustawie z 13 kwietnia 2022 r. o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę oraz służących ochronie bezpieczeństwa narodowego art. 16 o treści:

Art. 16. 1. Zakazuje się stosowania, używania lub propagowania symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę.

2. Kto narusza zakaz, o którym mowa w ust. 1, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. (1)

Tak więc już teraz ktoś, kto będzie stosował, używał lub propagował m.in. literę „Z” – bądź inny symbol lub nazwę wspierającą agresję Rosji przeciwko Ukrainie będzie mógł nawet na dwa lata trafić za kratki.

Podoba się komuś wspomniany powyżej przepis? Z całą pewnością, wielu ludziom – przypuszczalnie większości - i to może nawet bardzo dużej, tak – mnie nie. Zanim jednak przejdę do tego, dlaczego zakaz zapisany w art. 16 ustawy o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę oraz służących ochronie bezpieczeństwa narodowego mi się nie podoba pokrótce napiszę o tym, skąd ten przepis w owej ustawie się w ogóle wziął.

W pierwotnym projekcie tej ustawy – dotyczącej takich spraw, jak m.in. embargo na handel rosyjskim węglem – wspomnianego wcześniej zapisu w ogóle nie było. Pojawił się on w trakcie prac nad tą ustawą, a wnioskodawcami o jego umieszczenie w tej ustawie byli posłowie Lewicy Maciej Kopiec i Marek Rutka. Posłowie ci powiedzieli, że ich inicjatywa jest m.in. odpowiedzią na apel ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Dmytro Kułeby który pod koniec marca wezwał wszystkie państwa do kryminalizacji używania symbolu "Z" jako sposobu publicznego poparcia wojny agresji Rosji przeciwko Ukrainie. Kułeba oświadczył wtedy, że "Z" to rosyjskie zbrodnie wojenne, zbombardowane miasta, tysiące zamordowanych Ukraińców. Publiczne popieranie tego barbarzyństwa musi być zabronione. W ślad za nim poseł Rutka stwierdził, że "Z" to tak naprawdę neoswastyka, symbol, który nie może funkcjonować w przestrzeni publicznej" i dodał do tego: „Tak jak zgodziliśmy się wspólnie, aby symbol nazistowskich Niemiec nie był propagowany, tak samo musimy wyrazić sprzeciw, aby symbol rosyjskiej agresji, rosyjskiego terroru i barbarzyństwa nie funkcjonował w przestrzeni publicznej”. Podkreślił też, że nie można zgodzić na to, żeby np. skrajnie nacjonalistyczne, proputinowskie ruchy chodziły po ulicach polskich miast z symbolem "Z" i pokazywały ten symbol kobietom i dzieciom, które uciekły z Ukrainy przed rosyjskimi rakietami.

W rezultacie używanie litery „Z” w formie samodzielnego symbolu będzie w Polsce mogło być karane – i to potencjalnie całkiem poważnie. Jest jednak taki zakaz uzasadniony?

Odnośnie tego pytania trzeba, jak myślę, stwierdzić, że zakaz stosowania, używania lub propagowania symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę nie jest jakąś szczególną anomalią na tle tego, jak obowiązujące w Polsce prawo podchodzi  do kwestii zakresu wolności słowa – to bowiem, że zakaz ten ogranicza tę wolność jest chyba oczywiste. Przeciwnie – zakaz ten zupełnie dobrze, w moim odczuciu, wpisuje się w takie zakazy, jak np. zakaz publicznego znieważania Narodu Polskiego lub Rzeczypospolitej Polskiej (art. 133 k.k.), zakaz publicznego znieważania Prezydenta RP (art. 135 § 2 k.k.), zakaz publicznego znieważania lub poniżania konstytucyjnego organu państwa (art. 226 § 3 k.k.), zakaz publicznego propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa i nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość (art. 256 § 1 k.k.), zakaz publicznego znieważania grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości (art. 257 k.k.), a także zakaz publicznego pochwalania popełnienia przestępstwa (art. 255 § 3 k.k. oraz art. 126a k.k.) czy obrażania uczuć religijnych (zgodnie z art. 196 k.k. przestępstwo obrazy uczuć religijnych popełnia ten, kto „obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych”). Co więcej, uważam, że absolutnie uzasadnione jest postrzeganie symbolu „Z” jako czegoś analogicznego do swastyki, której publiczne używanie nie jest wprawdzie w Polsce (inaczej, niż w Niemczech) w sposób wyraźny zabronione, lecz mimo wszystko jest rutynowo traktowane jako przestępstwo publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa.  

Jakieś więc powody do zakazania posługiwania się literą „Z” – czy też innym symbolem bądź nazwą wspierającą agresję Rosji na Ukrainę można wskazać. Lecz trzeba też wyraźnie powiedzieć „jakieś”. Odnośnie uchwalonego niedawno zakazu stosowania, używania lub propagowania symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę – a więc przede wszystkim litery „Z” zachodzi bowiem pytanie, czy zakaz ten da się poważnie uzasadnić na gruncie merytorycznym. Postawienie takiego pytania jest szczególnie zasadne z takiego powodu, że zakaz ten niewątpliwie godzi w wolność wyrażania opinii, będącą wszak jedną z wolności gwarantowanych przez polską konstytucję (art. 54).

Wolność wyrażania opinii nie jest wolnością absolutną – ktoś mógłby powiedzieć – powołując się np. na art. 31 ust. 3 polskiej konstytucji, zgodnie z którym „Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw (ergo także wolności słowa) mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób”, przy czym dodatkowo „Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”. Przyjmijmy, dla dobra argumentacji, że tak jest. Nawet najbardziej zażarty zwolennik maksymalnie daleko posuniętej wolności wypowiedzi zgodzi się z tym, że używanie pewnych słów, w pewnych sytuacjach jest czymś, co nie powinno być tolerowane prawnie – weźmy tu nieco wyświechtany przykład człowieka kłamliwie krzyczącego w kinie czy w teatrze „pali się!” i wywołującego przez to panikę.

Jednak dla każdego minimalnie choćby myślącego człowieka jest chyba oczywiste, że użycie litery „Z” nawet jako symbolu wspierającego inwazję Rosji na Ukrainę ma z kłamliwym krzyczeniem „pożar!” w pełnym ludzi teatrze – czy też, dajmy na to, z podburzeniem już rozzłoszczonego tłumu do fizycznego ataku na osobę będącą obiektem gniewu owego tłumu – mniej wspólnego, niż piernik ma z wiatrakiem. W przypadku takich wypowiedzi, jak fałszywe krzyknięcie „pożar!” w wypełnionym ludźmi kinie czy teatrze, bądź wezwanie do natychmiastowego użycia przemocy, skierowane do ludzi gotowych do jej użycia i mających obiekt swej agresji pod ręką niebezpieczeństwo powodowane przez konkretną wypowiedź jest oczywiste i bezpośrednie. W przypadku stosowania, używania lub propagowania litery „Z” bądź ewentualnie innego symbolu lub nazwy wspierającej agresję Rosji przeciwko Ukrainie zagrożenia powodowane przez tego rodzaju akty ekspresji mogą być co najwyżej hipotetyczne. Jakie jednak mogą one być?

Moim zdaniem, wyobrażalne (teoretycznie przynajmniej rzecz biorąc) zagrożenia związane ze „stosowaniem, używaniem lub propagowaniem symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę” które warto rozważyć, są trzy. Pierwszym z tych wartych rozważania zagrożeń jest faktyczne wspieranie agresji Rosji przeciwko Ukrainie – i działań armii rosyjskiej na terenie tego kraju – poprzez używanie, stosowanie lub propagowanie chociażby wspomnianej tu litery „Z”. Rosyjskie wojsko, jak doskonale chyba wiemy, dokonuje na Ukrainie potwornych zbrodni, a używanie litery „Z” przez kogoś, do kogo sygnały o tych zbrodniach docierają, jest – można, wydaje mi się, całkiem zasadnie twierdzić, symbolicznym wspieraniem owych zbrodni.

Myśl o czymś takim najprawdopodobniej leżała u podłoża pomysłu wprowadzenia zakazu stosowania, używania lub propagowania symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Lecz odnośnie takiej myśli trzeba od razu powiedzieć, że istnieje kolosalna różnica między wspieraniem agresji Rosji przeciwko Ukrainie w sposób faktyczny i materialny – chociażby nawet taki, jak kupowanie od Rosji węgla – a w sposób intelektualny i symboliczny. Gdy ktoś kupuje od Rosji węgiel – co zresztą jest zakazane przez wspomnianą tu ustawę o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę oraz służących ochronie bezpieczeństwa narodowego – Rosja dostaje pieniądze, które może przeznaczyć na swoje wojsko i ewentualnie na działania tego wojska na Ukrainie. Oczywiście, jest to tylko jakaś potencjalna możliwość – jasne jest, że nie wszystkie pieniądze zarobione na handlu węglem Rosja mogłaby wydać na armię, więc powiedzmy sobie że związek między tego rodzaju działalnością, a rosyjskimi działaniami na Ukrainie jest ciągle tylko hipotetyczny. Ale mimo wszystko jest on jednak możliwy. Bo pieniądze to jest jednak konkret. I mają to do siebie, że można je przeznaczyć na wszystko, co można za nie kupić – niezależnie od tego, czy jest to masło, czy są to armaty.

Lecz stosowanie, używanie lub propagowanie w Polsce symboli lub nazw wspierających agresję Rosji wobec Ukrainy w oczywisty sposób nie daje Rosji czegoś takiego, jak mogłyby jej dawać np. pieniądze pochodzące ze sprzedaży węgla, dzięki którym Rosja mogłaby finansować swoją armię. Może stosowanie, używanie bądź propagowanie wspomnianych symboli wspierać agresję Rosji przeciwko Ukrainie w sensie pobudzania rosyjskiego kierownictwa politycznego (czyli w sumie Putina) i rosyjskiej armii do dalszych działań na Ukrainie, w tym dokonywania oczywistych zbrodni? Może ktoś sobie coś takiego wyobraża – i sądzę, że masowe używanie symbolu „Z” w Rosji może być przez rosyjską armię odbierane jako popieranie jej działań na Ukrainie i – w bardzo hipotetyczny sposób – stanowić rzeczywiste pobudzanie do kontynuowania czy intensyfikowania tych działań. Lecz, na zdrowy rozum, nie jest rzeczą prawdopodobną to, by fakt używania przez nielicznych ludzi w Polsce czy innych krajach litery „Z” jako symbolu wspierającego agresję Rosji przeciwko Ukrainie mógł się przyczynić do tego, że Rosjanie zrobią na Ukrainie coś, czego nie zrobiliby oni, gdyby ludzie ci nie używali owego symbolu. Podobnie, zakazanie w Polsce posługiwania się literą „Z” czy skazanie kogoś za używanie tej litery w formie symbolu wspierającego najazd Rosji na Ukrainę nie spowoduje tego, że armia rosyjska nie zrobi na Ukrainie czegoś, co zrobiłaby ona, gdyby symboliczne posługiwanie się ową literą nie było zakazane. Związek przyczynowo – skutkowy między stosowaniem, używaniem lub propagowaniem litery „Z” bądź ewentualnie innych symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę, a rzeczywistym wspieraniem tej agresji w sensie faktycznego przyczyniania się do niej jest, spokojnie można to powiedzieć, żaden. (2)

Można byłoby próbować wskazać jakieś inne, niż przyczynianie się do rosyjskich działań na Ukrainie powody do zakazania posługiwania się literą „Z” jako symbolem wszczętej przez Rosję wojny przeciwko Ukrainie? Moim zdaniem powodem wartym rozważenia są możliwe gniewne reakcje wobec osób używających tego symbolu i mogąca wynikać z takich reakcji przemoc. Ten argument w elementarnie sensowny sposób może odnosić się oczywiście tylko do pewnych przypadków używania owego symbolu. Nie może się on odnosić do takich zachowań, jak np. umieszczenie przez kogoś – nawet bardzo wyraźnie symboliczne – litery Z w komentarzu internetowym. Lecz może się on odnosić do np. paradowania po ulicy z literą „Z” na ubraniu. Bądź do urządzenia publicznej demonstracji, maszerującej pod transparentem z namalowaną na nim literą „Z”.

Czy jednak zakaz posługiwania się literą „Z” jako symbolem wspierającym napaść Rosji na Ukrainę można uzasadnić przy użyciu argumentu, że może zdarzyć się tak, że publiczne użycie owego symbolu może kogoś rozwścieczyć i sprowokować do użycia przemocy, czego ewentualną konsekwencją może być np. jakaś większa bijatyka? Moim zdaniem, jest to argument bardzo ryzykowny. Nie dlatego, żeby był on w prosty sposób nieprawdziwy i żeby coś takiego, jak przemoc sprowokowana użyciem przez jakąś osobę bądź grupę osób symbolem w postaci litery „Z” nigdy nie mogło się zdarzyć. Coś takiego, powtarzam, jest wyobrażalne, choć myślę jednak, że nie wysoce prawdopodobne. Lecz jeśli nawet to, o czym jest tu mowa byłoby naprawdę prawdopodobne – i co więcej, nawet gdyby coś takiego naprawdę się zdarzyło, to warto zauważyć, że wspomnianego rodzaju argument za ograniczeniem swobody ekspresji jest generalnie rzecz biorąc odrzucany w innych kontekstach. I tak np. jest rzeczą powszechnie wiadomą, że osoby publicznie demonstrujące swą nieheteroseksualną orientację poprzez czy to jakiegoś rodzaju ubiór, czy pomalowanie twarzy w kolory tęczy, czy trzymanie się za ręce, czy wreszcie udział w tzw. paradach równości nieraz prowokują agresję przeciwko sobie ze strony niektórych ludzi wrogo nastawionych wobec takich osób. Nie można powiedzieć, że taka agresja nie może prowadzić do kontr-agresji i zakłóceń porządku publicznego na większą, niż minimalna, skalę. Lecz mimo, że coś takiego jest możliwe, to sądzę jednak, że gdyby ktoś zaproponował uchwalenie ustawy, w myśl której osoby LGBT nie mogłyby publicznie ujawniać swojej nieheteroseksualnej orientacji – w tym m.in. organizować „parad równości” z tego powodu, że tego rodzaju zachowania niekiedy prowokują agresję przeciwko nim, to spotkałby się ze zdecydowanym sprzeciwem, jeśli nie wręcz oburzeniem i to ze strony tych samych osób, które popierają wprowadzenie zakazu używania litery „Z” jako symbolu wspierającego agresję Rosji przeciwko Ukrainie. Zauważmy też, że wspomniany tu argument, jeśli miałby być on użyty jako uzasadnienie zakazu używania litery „Z” jako symbolu poparcia dla najazdu Rosji na Ukrainę z powodu wyobrażalnych zakłóceń spokoju spowodowanych używaniem tego symbolu zakłada niebezpieczeństwo zakłócenia spokoju – w postaci sprowokowania np. jakiejś bijatyki – niejako z góry, bez względu na konkretne okoliczności użycia tego symbolu w określonym przypadku. W odniesieniu do wspomnianego tu argumentu za zakazem stosowania litery „Z” jako symbolu wspierającego napaść Rosji na Ukrainę warto jest, jak myślę, przywołać orzeczenie amerykańskiego Sądu Najwyższego w sprawie Texas v. Johnson z 1989 r., w której to sprawie sąd ten uznał, że publiczne palenie flagi amerykańskiej jest formą ekspresji chronioną przez Pierwszą Poprawkę do konstytucji USA. W sprawie tej, która znalazła się na wokandzie federalnego Sądu Najwyższego wskutek tego, że w 1984 r. podczas demonstracji towarzyszącej krajowej konwencji wyborczej Partii Republikańskiej w Dallas niejaki Gregory Lee Johnson – nawiasem mówiąc członek (wówczas) Rewolucyjnej Komunistycznej Brygady Młodzieżowej oblał benzyną i podpalił (ukradzioną – nie przez siebie) amerykańską flagę, za co został skazany na rok więzienia i 2000 dolarów grzywny. W Sądzie Najwyższym USA, gdzie sprawa Johnsona w końcu trafiła stanowa prokuratura – odwołując się od orzeczenia teksańskiego sądu apelacyjnego ds. karnych, który uznał że zachowanie Johnsona było ekspresją chronioną przez I Poprawkę – zaprezentowała m.in. argument, że karanie za publiczne zbezczeszczenie flagi jest uzasadnione potrzebą zapobiegania zakłóceniom spokoju, pomimo, iż żadne zakłócenie spokoju, ani też widoczna groźba takiego zakłócenia nie było reakcją na czyn dokonany przez Johnsona. Jedyną rzeczą, jaką prokuratura była w stanie wykazać, był fakt, że szereg osób będących świadkami palenia flagi przez Johnsona poczuło się poważnie obrażonych jego zachowaniem. Nie mając argumentu w postaci zakłócenia spokoju publicznego w następstwie spalenia flagi przez Johnsona prokuratura stanu Teksas argumentowała więc (czy też w istocie rzeczy musiała argumentować), że jest czymś w konieczny sposób prawdopodobnym, że ludzie poważnie obrażeni konkretnym aktem ekspresji mogą zakłócić spokój i że poważnie obraźliwe publiczne akty ekspresji – takie, jak np. spalenie flagi narodowej – mogą być zakazane z takiego powodu. Jednak, jak stwierdził autor stanowiska czterech sędziów w sprawie Johnsona William Brennan (do tych czterech głosów jeden z piątki pozostałych sędziów dorzucił własne uzasadnienie) „nasze precedensy nie pozwalają na takie domniemanie. Przeciwnie, opierają się one na uznaniu, że podstawową funkcją wolnego słowa w naszym systemie rządów jest zachęcanie do sporów. Słowa rzeczywiście mogą służyć swojemu wysokiemu celowi kiedy wywołują one stan niepokoju, powodują niezadowolenie z istniejących warunków, lub nawet pobudzają ludzi do gniewu. Faktycznie, czymś dziwnym byłoby stwierdzenie, że ‘jeśli opinia wyrażana przez mówcę wywołuje obrazę to ta konsekwencja jest powodem do zapewnienia jej konstytucyjnej ochrony’ i jednocześnie, że rząd może zakazać ekspresji pewnych nieprzyjemnych idei w oparciu o niepodparte faktami domniemanie, że sama ich nieprzyjemność sprowokuje przemoc. Dlatego też nie pozwoliliśmy rządowi zakładać, że każde wyrażenie prowokacyjnej idei wywoła zamieszki, ale zamiast tego wymagaliśmy dokładnego rozważenia rzeczywistych okoliczności towarzyszących takiemu wyrażeniu, pytając, czy wyrażenie „ma na celu podżeganie lub wywołanie rychłego bezprawnego działania i prawdopodobnie podburzy lub wywoła takie działanie”. Generalne zakazanie używania litery „Z” jako symbolu wspierającego inwazję Rosji na Ukrainę w oparciu o domniemanie, że może zdarzyć się tak, że widok tego symbolu sprowokuje przemoc musiałoby się opierać na rozumowaniu dokładnie przeciwnym, niż rozumowanie sędziego Brennana (i zgadzających się z nim sędziów) w sprawie Texas v. Johnson. Oczywiście, z sędzią Brennanem można się nie zgadzać – i pamiętajmy, że decyzja Sądu Najwyższego USA uznająca palenie flagi amerykańskiej za konstytucyjnie chronioną formę ekspresji zapadła większością zaledwie jednego głosu, choć głównym argumentem zwolenników traktowania palenia flagi jako przestępstwa nie było to, że tego rodzaju zachowanie może sprowokować przemoc (w opinii sędziego Rehnquista zostało o tym zaledwie wspomniane) lecz raczej to, że flaga jest czymś wyjątkowym jako symbol Narodu i że ta wyjątkowość uzasadnia zakaz traktowania jej w taki sposób, w jaki potraktował ją Gregory Lee Johnson. Lecz gdyby się już czepiać wyobrażalnego argumentu o potencjalnie możliwym sprowokowaniu zakłócenia spokoju wskutek posługiwania się symbolem w postaci litery „Z” to trzeba powiedzieć, że nie ma dowodów na jakąś szczególną, wyjątkową prowokacyjność tego symbolu. Twierdzi ktoś, iż jest rzeczą bardzo prawdopodobną, że ktoś na widok litery „Z” może stracić panowanie nad sobą i posunąć się do aktów fizycznego gwałtu? Ja o takim twierdzeniu nie słyszałem, nie słyszałem też o przypadkach ataków na ludzi (a tym bardziej np. zamieszek) sprowokowanych symbolicznym używaniem przez kogoś litery „Z”. Argument, że zakaz stosowania, używania bądź propagowania litery „Z” jako symbolu wspierającego inwazję Rosji na Ukrainę jest uzasadniony potrzebą zapobiegania teoretycznie rzecz biorąc wyobrażalnym aktom przemocy ze strony jakichś ludzi rozwścieczonych widokiem tego symbolu nie daje się zatem obronić.

Czy zakaz symbolicznego posługiwania się literą „Z” jako wyrazem wsparcia dla agresji Rosji przeciwko Ukrainie da się uzasadnić przy użyciu argumentu, że widok tego symbolu może obrażać uczucia – ranić psychicznie – niektórych ludzi narażonych na jego widok – a więc uciekinierów z ogarniętej wojną Ukrainy, czy tych którzy uważają rosyjską inwazję na Ukrainę za zbrodnię (bądź są oburzeni działaniami armii rosyjskiej na terenie tego państwa – w postaci np. niszczenia miast i mordowania ludności cywilnej)? Widok litery „Z” – jak sądzę – może mieć niekiedy tego rodzaju efekt. Dla (niektórych przynajmniej) Ukraińców może być on – podejrzewam – równie rażący, jak dla (niektórych) Żydów widok swastyki. Lecz zanim uznamy, że zakaz stosowania, używania i propagowania symboli lub nazw wspierających napaść Rosji na Ukrainę – a więc również litery „Z” jest uzasadniony z tego powodu, że widok takich symboli czy też nazw może ranić uczucia przebywających w Polsce uchodźców z Ukrainy (i zupełnie możliwe, że również innych osób) i wyrządzać im jakąś emocjonalną krzywdę wypada – jak myślę – zadać pewne pytania. Ot, choćby takie: na ile krzywda, o której (znów, w sposób hipotetyczny – na mój rozum jest ona po prostu wyobrażalna) tu mówimy jest krzywdą poważną i dotkliwą? Gdyby było tak, że widok litery „Z” wywołuje reakcje tego rodzaju, co szok psychiczny wymagający pomocy lekarskiej czy tym bardziej np. zawał serca  to byłby to argument za zakazem prezentowania tego symbolu – choć też nie w każdych okolicznościach, lecz raczej tylko takich, w których na jego widok byłyby narażone osoby, u których mógłby on wywołać tego rodzaju reakcję. Cały szkopuł z powyższym argumentem polega jednak na tym, że o takich, jak wspomniane tu reakcjach na symboliczne posługiwanie się literą „Z” póki co nie słyszałem – podobnie, jak nie słyszałem o Żydach doznających fizycznej zapaści wskutek zobaczenia swastyki. (Aż) takiego argumentu za zakazaniem prezentowania litery „Z” jako wyrazu poparcia dla napaści Rosji na Ukrainę przedstawiać zatem nie można – jest to argument nie mający podstaw (bądź mający, w najlepszym przypadku, wyłącznie czysto hipotetyczne podstawy). Psychiczna krzywda, o jakiej tu mówimy musi być zatem krzywdą cokolwiek lżejszego gatunku – no właśnie, jakąś – najogólniej rzecz biorąc – obrazą uczuć. Nie ulega wątpliwości, że widok symbolicznie prezentowanej litery „Z” może u wielu osób – nie tylko Ukraińców - wzbudzać nieprzyjemne emocje. Ale czy to może być powodem do zakazania prezentowania tego symbolu? Jeśli ktoś uważa, że tak, to chciałbym zauważyć, że podobne uczucia u niektórych osób może wywoływać widok takiego symbolu, jak np. krzyż – weźmy tu np. osoby seksualnie molestowane przez księży. U takich osób niemiłe uczucia może też wywoływać – jak sądzę – np. widok księdza idącego po chodniku w sutannie. Rzecz jasna, niemiłe uczucia może u niektórych ludzi wywoływać widok osób publicznie prezentujących (w formie odpowiedniego ubioru, pomalowania twarzy czy włosów, bądź np. trzymania się za ręce) swój homoseksualizm. Powinno być umieszczenie krzyży w miejscach publicznych, chodzenie przez księży po ulicach w sutannach czy choćby koloratkach i publiczne trzymanie się za ręce przez osoby homoseksualne zabronione z tego powodu, że widok takich rzeczy może obrażać uczucia niektórych osób? Być może, że znaleźliby się tacy, którzy chętnie przystaliby na zakaz niektórych z takich zachowań, lecz można być pewnym, że ciężko byłoby znaleźć ludzi, którzy poparliby zakaz ich wszystkich. Niestety, ale fakt obrażania różnych uczuć różnych ludzi jest nieuchronną konsekwencją życia w społeczeństwie, w którym funkcjonują różne przekonania, różne idee i różne wiary. O ile czymś dopuszczalnym może być zakazywanie wypowiedzi z tego powodu, że mogą one obrażać uczucia niektórych ludzi w pewnych sytuacjach – np. sytuacji przymusowych odbiorców – to jest takiej, w której pewni ludzie zmuszeni są do kontaktu z niemiłą dla nich ekspresją i nie mogą tego kontaktu w łatwy sposób przerwać – o tyle zaakceptowanie argumentu, że pewne wypowiedzi mogą być zakazane z tego powodu, że mogą one obrażać uczucia niektórych ludzi, którzy być może na te  wypowiedzi się natkną  jest wejściem na drogę prowadzącą potencjalnie do likwidacji wolności słowa.

Zakaz stosowania, używania i propagowania symboli lub nazw wspierających agresję Rosji na Ukrainę nie da się więc, moim zdaniem, w przekonujący sposób uzasadnić. Lecz myślę, że o zakazie tym – a szczególnie jego genezie warto jest coś jeszcze powiedzieć. Jak była tu już mowa, zakaz symbolicznego posługiwania się literą „Z” jest reakcją na apel ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Dmytro Kułeby, który pod koniec marca wezwał wszystkie państwa do kryminalizacji używania symbolu "Z" jako sposobu publicznego poparcia wojny agresji Rosji przeciwko Ukrainie. Niewątpliwie używanie tego symbolu jest czymś oburzającym – szczególnie w świetle doniesień o straszliwych zbrodniach, jakie Rosjanie popełnili przeciwko Ukraińcom.

Lecz trzeba też, jak sądzę, powiedzieć pewną rzecz o Ukrainie i siłą rzeczy Ukraińcach. Ukraińcy, jak wszyscy chyba wiemy, w sposób niezwykle dzielny – i co bardziej budujące, skuteczny - bronią swego kraju przed obcym najazdem – bronią się w ogóle przed zagładą ich jako narodu. Wiemy też chyba o tym, że część ludności Ukrainy padła ofiarą niewyobrażalnych zdawałoby się dzisiaj – przynajmniej w naszej części świata – zbrodni. Wszyscy, mam nadzieję (przynajmniej ci, którzy czytają ten tekst) życzymy Ukrainie zwycięstwa w wojnie z Rosją i wszyscy też chyba współczujemy bezpośrednim i pośrednim ofiarom tej wojny.

Jednak nawet najlepsze życzenia dla Ukrainy i Ukraińców nie powinny stanowić przeszkody w zadaniu takiego np. pytania, czy Ukraina jest państwem szanującym wolność słowa? Oczywiście, na to pytanie na pewno można odpowiedzieć, że nie jest ona państwem tak nie szanującym wolności słowa, jak choćby Rosja – albo Chiny, czy jeszcze inne satrapie. Jest to jednak państwo, które śmiem twierdzić, z wolnością wypowiedzi ma kłopoty. Na Ukrainie obowiązuje np. ustawa zabraniająca wszelkiego propagowania symboliki komunistycznej i nazistowskiej. Na jej podstawie można zostać skazanym na 5 lat więzienia za publiczne wykonanie hymnu ZSRR, a także za prezentowanie godła, flagi i wszelkich innych motywów z użyciem sierpa i młota (zakazem tym nie są objęte muzea, wystawy tematyczne oraz podręczniki szkolne i książki naukowe, a także dawne cmentarze). Co więcej karalne jest obecnie na Ukrainie „kwestionowanie faktu zasadności walki o niezależność Ukrainy w XX wieku” a także zaprzeczenie przestępczemu charakterowi komunistycznego reżimu totalitarnego. (3) Na Ukrainie jest więc przestępstwem (czy ktoś za to siedzi? Zdaje się, że nie… ale nie mam stuprocentowej pewności) wyrażanie pewnych opinii na tematy związane z historią. Zakazy zawarte ukraińskich „ustawach dekomunizacyjnych” przypominają występujące w niektórych państwach europejskich – w tym także w Polsce (jak również m.in. w Niemczech i w Austrii) zakazy wypowiedzi określanych jako „kłamstwo oświęcimskie” lecz idą cokolwiek dalej. Zakazy „kłamstwa oświęcimskiego” (których moim zdaniem być nie powinno) (4) tyczą się bowiem negowania – choć niekiedy także usprawiedliwiania i „bagatelizowania” – pewnych faktów: takich np. jak mordowanie Żydów w komorach gazowych w okresie II wojny światowej. Ustawy ukraińskie przewidują natomiast kary za nic innego, jak za formułowanie pewnych – uważanych obecnie w tym kraju za „niepoprawne politycznie” opinii. W świetle obowiązywania w Ukrainie tego rodzaju przepisów można powiedzieć, że szef ukraińskiego MSZ Dmitro Kułeba wzywając „wszystkie państwa” do zakazania publicznego używania litery „Z” jako wyrazu wsparcia dla agresji Rosji przeciwko Ukrainie nawiązał do znanych sobie wzorców. Nie są to jednak – moim zdaniem - wzorce, które należy naśladować.

 

Przypisy:

1.      Tak przy okazji, warto zauważyć, że w art. 16 ustawy o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę oraz służących ochronie bezpieczeństwa narodowego nie ma jednego słowa, które zazwyczaj (choć zgoda, że nie zawsze – nie ma go np. w przepisach kodeksu karnego o zniesławieniu oraz zniewadze) występuje w tych przepisach polskiego prawa, które zakazują pewnych rodzajów wypowiedzi: mianowicie, słowa „publicznie” (czy też, w tym przypadku, publicznego, które mogłoby zostać umieszczone w pierwszym punkcie tego artykułu, który wraz z nim brzmiałby: „zakazuje się publicznego stosowania, używania lub propagowania symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę”). Bez tego słowa każde stosowanie, używanie, bądź propagowanie „symboli lub nazw wspierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę” może – teoretycznie przynajmniej rzecz biorąc – zostać potraktowane jako przestępstwo zagrożone karą do 2 lat więzienia.

Zastanawiam się, dlaczego to słowo zostało w art. 16 wspomnianej tu ustawy pominięte. Czy pomysłodawcy zrobienia przestępstwa ze „stosowania, używania lub propagowania” symboli wspierających agresję Rosji przeciwko Ukrainie – a także posłowie, którzy uchwalili rzeczoną ustawę z art. 16 w ustalonym w niej brzmieniu (oraz senatorowie, którzy to brzmienie zaakceptowali) chcieli tego, by dosłownie każde stosowanie czy używanie wiadomych symboli – w tym np. takie, które polega na tym, że ktoś narysuje sobie dużą literę „Z” na kartce papieru leżącej u niego na stole w domu, napisze wielkie „Z” w wordzie, czy też ustawi „Z” jako wygaszacz ekranu komputera, czy też nawet namaluje „Z” u siebie w pokoju na ścianie – mogło być karane – i to przynajmniej potencjalnie nawet więzieniem? Trochę, mówiąc szczerze, nie bardzo chce mi się w coś takiego wierzyć. Warto przy okazji zauważyć, że tak daleko posunięty zakaz – obejmujący nie tylko publiczne, lecz także prywatne „stosowanie, używanie lub propagowanie symboli lub nazw wpierających agresję Federacji Rosyjskiej na Ukrainę” jest na tle przepisów polskiego prawa zabraniających takich czy innych rodzajów ekspresji anomalią. To prawda, że polskie prawo nie jest szczególnie liberalne, jeśli chodzi o podejście do tego, co wolno mówić, pisać czy publikować. Lecz z reguły tyczy się to wypowiedzi o charakterze publicznym. W Polsce zakazane jest np. „publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa” i za takie „propagowanie” rutynowo uznaje się tzw. „hajlowanie” bądź prezentowanie znaku swastyki. Ale jakkolwiek takie, jak wspomniane w poprzednim zdaniu zachowania są w Polsce prawnie tępione (mniejsza już o to, czy trzymanie w jakiś tam sposób jednej z czterech kończyn bądź prezentowanie określonego znaku graficznego jest czymś, co można w uczciwy sposób uznać za propagowanie pewnego „ustroju państwa”) to nie są one jednak karalne wówczas, gdy mają one miejsce w warunkach prywatności. Nikt nie może zostać skazany za „hajlowanie” w swoim prywatnym mieszkaniu, w tym także w obecności innych osób – np. członków rodziny bądź znajomych, nikt też oczywiście nie może być karany za narysowanie swastyki na kartce papieru czy nawet za namalowanie swastyki u siebie w pokoju na ścianie (przynajmniej wówczas, jeśli nie jest ona wyraźnie widoczna przez okno, co mogłoby powodować, że jej widok byłby już publiczny). Z drugiej jednak strony zauważyć można, że w polskim prawie karnym istnieją pewne przepisy zabraniające nie tylko publicznej, ale także niepublicznej ekspresji. Pomijając wspomniane tu wcześniej przepisy dotyczące zniesławienia (art. 212 k.k.) i zniewagi (art. 216 k.k.) wspomnieć można o art. 202 § 4b kodeksu karnego, zgodnie z którym przestępstwo zagrożone karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 popełnia ten, kto „produkuje, rozpowszechnia, prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne przedstawiające wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej”. Zgodnie z tym uchwalonym w 2008 r. przepisem przestępstwo zagrożone dwoma latami więzienia popełnia ktoś, kto przechowuje czy też posiada treści pornograficzne przedstawiające „wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej” nawet jeśli są to treści stworzone przez niego bez zamiaru ich rozpowszechniania czy choćby tylko pokazywania komukolwiek. Czy jednak ci, którzy postanowili wprowadzić do ustawy o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę oraz służących ochronie bezpieczeństwa narodowego zakaz stosowania, używania i propagowania symboli lub nazw wspierających agresję Rosji wobec Ukrainy – nie zastrzegając jednocześnie, że chodzi o stosowanie, używanie czy też propagowanie takich nazw w sposób publiczny – chcieli w jakiś sposób nawiązać do przepisu o tzw. wirtualnej pornografii dziecięcej (art. 202 § 4b k.k. – nawiasem mówiąc zakazy „wirtualnej pornografii dziecięcej” krytykowałem swego czasu w tym tekście) – bądź może do przepisów dotyczących „prawdziwej” pornografii dziecięcej, której nawet czysto prywatne przechowywanie lub posiadanie – bądź uzyskiwanie dostępu do niej - jest karalne? Znów, nie bardzo chce mi się wierzyć w coś takiego.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka