To będzie notka z cyklu "Kocham kino". W ostatnich dniach doświadczyłem autentycznej huśtawki estetycznej, bo zdarzyło mi się obejrzeć dwa filmy, z których jeden jest świetny, zaś drugi wiał tak pretensjonalną nudą i miałkością, że ledwo udało mi się zmęczyć. Najpierw będzie hit.
"Revolutionary Road" - film Sama Mendesa bazujący na powieści R. Yates'a. Ci, którzy pamiętają jeden z poprzednich filmów Mendesa - "American Beauty", nie będą zdziwieni powrotem do tematyki koszmaru amerykańskich suburbiów. Frank i April Wheelerowie grani odpowiednio przez L. Di Caprio i K. Winslet to młode małżeństwo, które doskonale wpisuje się w klimat amerykańskich przedmieść lat 50-tych.On pracuje w wielkiej korporacji - ona prowadzi dom i wychowuje dwójkę małych dzieci. Wieczory spędzają na herbatkach z rówieśniczą parą lub spacerach. Mają śliczny biały domek - idealne gniazdko dla młodych na dorobku.Wśród sąsiadów uchodzą za parę idealną. Inaczej niż w "American Beauty", gdzie narrator od pierwszej sceny wprowadza nas w koszmar przedmieść, tutaj wszystkiego dowiadujemy się stopniowo. Okazuje się, że April to niespełniona aktorka, zaś Frank serdecznie nienawidzi swojej pracy. W tej samej firmie jego ojciec przepracował całe życie a Frank obiecał sobie, że nigdy nie skończy tak jak on. Dziś jest tam, gdzie był jego ojciec. Każda kolejna scena wciąga coraz głębiej w koszmar, jakim jest życie Franka i April, którzy podejmują rozpaczliwą próbę ratunku. Jak się to skończy, nie zdradzę, bo film jest wart obejrzenia.
Niesamowita gra aktorska Di Caprio, który kolejnym filmem, po "Infiltracji" i "Body of Lies" udowadnia, że jest wielkim aktorem. K. Winslet bez zadyszki dotrzymuje mu kroku. Ogromne nagromadzenie emocji, klaustrofobiczna atmosfera, oszczędność środków wyrazu. Nie sądziłem, że Hollywood wyprodukuje taki film. Atmosferą przypomina nieco "Closer" M. Nicholsa. "Revolutionary Road" to film dialogu, widać że jest adaptacją opowiadania. Nie ma fajerwerków, pięknych pejzaży, akcji, brutalności, seksu, czyli wszystkiego czego wymaga dzisiaj kasowe amerykańskie kino. Ale film ogląda się z zapartym tchem.
To jest na swój sposób film z tezą, ale podaną w taki sposób, że nie ma się uczucia, iż reżyser podejrzewa cię o matołkowatość. Mendes po raz kolejny uderza w "american dream", kwestionuje styl życia amerykańskich przedmieść, oskarża tamtejsze społeczeństwo o hipokryzję i jałowość intelektualną, atakuje zubożenie kulturalne, pogoń za pieniądzem i etos pracy. W tym sensie "Revolutionary Road" ma wyraźnie lewicowe przesłanie, o czym świadczy też sposób ukazania problemu aborcji. Wielkość Mendesa polega jednak na tym, że swój punkt widzenia przedstawia w sposób nienachalny. Film pokazuje racje różnych stron sporu i choć wynika z niego po czyjej stronie jest słuszność, nie ma się wrażenia obcowania z propagitką.
Miłe uczucie estetycznej sytości po łyknięciu dobrego kina zmąciłem sobie niestety na wlasne życzenie. Postanowiłem, że dam szansę polskim produkcjom i zasiadłem wygodnie, by skosztować ostatniego elaboratu M. Piekorz zatytułowanego "Senność". Jakiż to był błąd. Można to porównać to wypicia szlachetnego dobrego whisky (np. "Lagevulin") i następnie przepłukania podniebienia najtańszym jabolem ze stajni Janusza Palikota. Bardziej idiotycznej, nadętej i nudnej szmiry nie widziałem naprawdę dawno. Zresztą nie ma co narzekać. Ad rem:
- wrażliwy młody pisarz ma raka ale mieszka z żoną u teściów, co bardziej go niszczy niż podstępna choroba. Teść to poseł PiS (nie ma co do tego wątpliwości, wciąż mówi o IV RP), który wygląda jak skrzyżowanie R. Bendera z L. Breżniewem. Z lubością nagrywa swoje wywiady i kłóci się z żoną (swoją, nie tego cierpiącego twórcy) o kasetę video, na której chce nagrać swój kolejny wywiad, lecz jest tam jej zapis z pielgrzymki. Teściowa mówi "szkoda że nie nagrywasz ojca dyrektora" i " oglądamy tę kasetę na parafii z księdzem proboszczem". Teść wynajmuje szpiegów, którzy donoszą mu co robi zięć, ale ten ostatni śmiało demaskuje opłaconego kapusia i wygłasza wobec niego (a dokładniej niej) bełkotliwy wywód o niczym.
Już bardziej łopatologicznie nie można było chyba pokazać pospólstwu, że PiS to syf, bo jego posłowie to zapluwające się dziady z rozwiniętą megalomanią, zaś żony tych posłów to zdewociałe babcie, które wciąż chodzą do kościoła i słuchają RM. Tacy ludzi gnębią młodych twórców, którzy przez to chorują na raka. Kinematografia radziecka lat 50-tych i twórczość L. Riefenstahl to przy tym arcydzieła wysublimowania.
- młody lekarz jest wrażliwym gejem, ale ma niefart bo pochodzi ze wsi. Jego ojciec (w tej roli Ferdynand Kiepski) lubi pić bimber i trzyma w żelaznej pięści zestrachaną matkę. Starzy mówią gwarą, nie rozumieją, że on chce żyć w mieście i pewnie śmierdzą. Na szczęście udaje mu się wyrwać do "miasta". Tam spotyka kolesia (Bartek Obuchowicz), który jednocześnie chodzi na dziesiony (czyli dokonuje rozbojów), jest kieszonkowcem i b-boyem - mistrzem breaka. Oczywiście jest też gejem, ale nie może się do tego przyznać, bo kumple "go zajebią". Młodzi przeżywają przez chwilę seksualną idyllę w mieszkaniu lekarza, ale wszystko się wali, bo starzy ze wsi przyjeżdżają z wałówką i widząc nagiego Obuchowicza przeżywają szok. W międzyczasie Obuchowicz z kumplami spuszczają lekarzowi łomot, ale zaraz potem Obuchowicz obmywa mu rany z płaczem tlumcząc, że "kurwa musiał". Itd.
Ok - ja wszystko rozumiem. Ale to są podstawowe błędy w researchu. Każdy, kto nawet z gazet zna środowisko przestępcze wie, że dziesioniarze nie chodzą na kieszony. I odwrotnie - kieszonkowcy nie dokonują rozbojów. To są 2 różne złodziejskie szkoły, dwa różne "style pracy", dwa różne środowiska. Czym innym są jeszcze b-boye, czyli ludzie, którzy tańczą breakdance. Breakdance jest elementem kultury hip-hopowej i ci, którzy się w to bawią raczej brzydzą się kradzieżą. Oni tańczą dla kasy - nie muszą kraść ani nie mieliby na to czasu. Jeżeli więc M. Piekorz chciała zrobić coolerski film dla młodych ludzi o problemach innych młodych ludzi, to dlaczego pokazuje coś totalnie niewiarygodnego i nie występującego w naturze? Dalej, każdy kto choć trochę orientuje się w kulturze hip-hopowej, wie że ona jest dość mało tolernacyjna dla gejów. Dominuje wzorzec machismo a homoseksualizm jest mocno tępiony. Jak więc Bartek Obuchowicz może z jednej strony być uznanym b-boyem ("jedziemy na zawody") i ewidentnie dobrze się czuć w tej subkulturze a z drugiej być wrażliwym gejem? OK - powiecie - takie rzeczy się zdarzają. Ale film operuje pewną konwencją i taki wyjątek musiałby zostać jakoś obudowany fabułą. Musielibyśmy wiedzieć dlaczego ten taneczny złodziejaszek, choć ewidentnie mu źle w grupie brutalnych homofobów - wciąż z nimi trzyma. Z przymusu? No dobra, to może dotyczyć kradzieży, ale tańczy też z przymusu? Nie z przymusu? Czyli dobrze mu z ludźmi, którzy zabiją go, gdy dowiedzą się o jego orientacji? Coś tu nie gra.
Tezy, które chciała wyrazić M. Piekorz są pokazane w jej filmie tak łopatologicznie, że tylko ulotka z wypisanymi punktami byłaby bardziej jednoznaczna. Te tezy są następujące:
- PiS jest do dupy;
- Kościół (wiara) jest to dupy;
- ludzie żyjący na wsi to śmierdzący naandertalczycy, którzy nie umieją mówić po polsku i nie szanują kobiet;
- geje są cool, bo bezinteresownie pomagają ludziom i kochają nawet tych co im łamią nosy.
Jeśli ktoś nie oglądał tego filmu, to odradzam. Intelektualna niestrawność bywa bardziej dolegliwa niż somatyczna.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)