Z mojej podróży po Meksyku pamiętam pewną rozmowę ze starym mieszkańcem jednej z małych miejscowości. Siedzieliśmy wieczorem przy ognisku, gdzieś niedaleko rzeki Grijalva. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach i w pewnym momencie zapytał mnie:
— Wiesz, kto to jest La Llorona?
Powiedziałem, że nie.
Pokręcił głową i mówi:
— To dobrze. Bo jak człowiek wie, kto to jest, to potem już nie patrzy tak samo na rzekę w nocy.
I zaczął mi opowiadać.
— Dawno temu żyła tutaj kobieta. Bardzo piękna. Miała dzieci. Mężczyzna, którego kochała, zostawił ją dla innej. I wtedy coś się w tej kobiecie załamało. Zabrała swoje dzieci nad rzekę i je utopiła.
Pytam go:
— Dlaczego?
A on na to:
— Tego nikt nie wie. Jedni mówią, że zrobiła to z rozpaczy. Inni, że chciała się zemścić na ich ojcu. Jeszcze inni, że po prostu oszalała.
Potem sama rzuciła się do rzeki.
Ale dzieci już nie było.
I od tamtej pory nie może ich znaleźć.
Dlatego chodzi nocami nad wodą i ich szuka.
Woła:
— ¡Ay, mis hijos! — „Ach, moje dzieci!”
I właśnie dlatego nazywają ją La Llorona — Płacząca.
Zapytałem go wtedy:
— Ale przecież to tylko legenda.
Spojrzał na mnie i powiedział:
— Oczywiście. Legenda.
I po chwili dodał:
— Tylko że ja ją widziałem.
Przyznam, że wtedy przestałem się uśmiechać.
Opowiedział mi, że było to wiele lat wcześniej. Wracał nocą do domu i usłyszał płacz kobiety. Dochodził od strony rzeki. Poszedł zobaczyć, co się dzieje.
Na brzegu stała kobieta ubrana na biało.
Myślał, że ktoś potrzebuje pomocy. Zawołał do niej.
Nie odpowiedziała.
Zrobił kilka kroków w jej stronę.
I wtedy usłyszał:
— Mis hijos...
Powiedział mi, że kobieta zaczęła iść wzdłuż brzegu. Chciał za nią pójść, ale nagle zobaczył, że jej stopy nie zostawiają śladów.
Wtedy się przestraszył.
Odwrócił się i uciekł.
Pytam go:
— I co było dalej?
A on mówi:
— Nic. Do dzisiaj żyję.
— To skąd wiesz, że to była La Llorona?
Popatrzył na mnie i odpowiedział:
— Bo kiedy uciekasz przed kobietą, która płacze za swoimi dziećmi, możesz sobie tłumaczyć, że to wszystko wyobraźnia. Ale kiedy odwracasz się i widzisz, że ona stoi już po drugiej stronie rzeki...
Tu zrobił przerwę.
— ...to przestajesz się zastanawiać, czy duchy istnieją.
Zapytałem go jeszcze, czy naprawdę wierzy w La Lloronę.
Roześmiał się.
— Ja nie muszę wierzyć. Ja ją widziałem.
I wtedy powiedział mi jeszcze jedną rzecz.
Że podobno z La Lloroną jest pewna zasada.
Jeżeli słyszysz jej płacz gdzieś daleko — nie masz się czego bać.
Ale jeżeli słyszysz go bardzo blisko...
...to znaczy, że ona jest daleko.
I odwrotnie.
Jeżeli płacz dochodzi z daleka, może być tuż obok ciebie.
Nie wiem, ile w tej historii jest prawdy.
Ale pamiętam, że kiedy następnego wieczoru znalazłem się nad rzeką, po raz pierwszy w życiu naprawdę nie miałem ochoty sprawdzać, skąd dochodzi płacz.
Na wszelki wypadek.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)