
Prolog
Sasza wszedł do gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych jak w pustą, martwą skorupę. Echo jego kroków odbijało się od marmurowych ścian, a w powietrzu wisiała gęsta, lepka cisza — ta szczególna cisza, która pojawia się tuż przed paniką. Przy wyjściu ewakuacyjnym kłębiła się grupa urzędników, szarpiących zaryglowane drzwi z desperacją ludzi, którzy nagle zrozumieli, że nie mają dokąd uciec.
Jedna seria wystarczyła. Ciała osunęły się na podłogę jak marionetki, którym ktoś przeciął sznurki. Sasza nie zwrócił uwagi na to, że wśród nich był sam minister spraw zagranicznych i kilka innych „ważnych osobistości”. W jego oczach nie było twarzy — tylko szczurze pyski wykrzywione strachem. Od dekad opluwali jego ojczyznę. Od dekad knuli, podjudzali, podpisywali dokumenty, które wysyłały jego braci na śmierć.
Dla Saszy nie byli ludźmi. Byli kłębowiskiem jadowitych węży, wijącym się teraz w ostatnich drgawkach.
Ruszył dalej, nie oglądając się za siebie. To jest dopiero początek.
Dobry początek.
======================================
Jak znajdę czas i natchnienie, to być może nastąpi ciąg dalszy. A jak nie… to też dobrze. Nie wszystko musi mieć ciąg dalszy.
=========================================
Minęły dwie i pół godziny. Znalazłem czas i naszło mnie natchnienie.
===========================================
Sasza ruszył dalej korytarzem, a na pierwszym piętrze jego uwagę przyciągnęła masywna szafa stojąca we wnęce. Z wnętrza dobiegały ciche, nerwowe piski — jakby w środku kłębiły się przestraszone myszy. Podszedł bliżej i jednym zdecydowanym ruchem wyrwał drzwi z zawiasów.
W środku siedział kurdupel. Ten sam, którego na mieście nazywano „kartoflem”. Mały, zapłakany kartofel. Patrzył na Saszę swoimi małymi oczkami, a z ust — niezależnie od tego, co próbował powiedzieć — wydobywał się tylko cienki, żałosny pisk. Dokładnie taki, jakim piszczy mysz przyłapana na kradzieży sera.
Sasza złapał go za ucho i wywlókł z szafy. Bez pośpiechu, bez emocji — tak, jak usuwa się śmieci z kąta, które ktoś od dawna powinien był przewietrzyć.
Sasza jeszcze nie podjął decyzji.
W jego głowie kołatały różne myśli — kula w łeb? Szkoda kuli. Takie rzeczy są zbyt szybkie, zbyt czyste, zbyt łaskawe.
Może lepiej po prostu go rozdeptać.
Sasza pochylił się nad nim i powiedział tylko jedno zdanie, zimne jak stal:
— Sława Ukrainie.
Kartofel zamarł. I w tej chwili Sasza zrozumiał, że nie musi nic więcej robić. Czasami największym ciosem jest samo spojrzenie — takie, które odbiera człowiekowi resztki godności.
Sasza tylko wyrywkowo słyszał o jakimś zamyśle stworzenia „europejskiego legionu”. Informacja krążyła w formie dowcipu. Trzonem tej „armii” miała być podobno zbieranina z niedoszłych trupów. Dlaczego niedoszłych? Bo pomimo utraty rąk, nóg i czegokolwiek tam jeszcze, nadal żyli.
Pewnie dałoby się przerobić wózki inwalidzkie na pojazdy opancerzone. Może można by przeprowadzić mobilizację w domach starców, szpitalach i szkołach podstawowych. Pomysły rodzące się w chorych głowach, które nigdy nie widziały prawdziwej wojny, a jedynie gry komputerowe.
Ale tego typu rozważania Sasza ignorował. Nie miał czasu na analizowanie cudzych urojeń. Świat był pełen głupoty — i nie zamierzał się nad nią pochylać.
Sasza przeciągnął się, czując, jak po godzinie snu wszystkie zmysły wracały do pełnej sprawności dobrze naoliwionej maszyny. Zadanie było jasne: odnaleźć „Ryżego”, znanego w półświatku jako „Śmierdziel”. Żywy lub martwy — co w praktyce oznaczało, że żywy jest tylko etapem przejściowym.
Ryży… Śmierdziel… Sasza przypomniał sobie starą anegdotkę. Mały Indianin skarży się, że te indiańskie imiona to tak nie bardzo mu się podobają. A na to jego ojciec, „Duży Miś”, unosi brwi w zdziwieniu i rzecze: „Doprawdy nie rozumiem, o co ci chodzi… Psi Chuju.”
Na odprawie wspomniano jeszcze jeden szczegół: Ryży, w celach konspiracyjnych, może przywdziać płaszcz dziadka z Wehrmachtu i udawać „niemieckiego przechodnia”. Może liczył, że patrole żandarmerii go zignorują, bo „z racji zasług Katarzyny Wielkiej dla jego ojczyzny” Rosjanie mają rzekomo słabość do starych mundurów.

Tyle że rosyjskie patrole nie mają żadnego respektu dla Wehrmachtu. Gdy zobaczą takiego przebierańca, zatrzymują go szybciej niż kogokolwiek innego. Ale Ryży wierzył w swoje bajeczki — strach potrafi zrobić z człowieka kretyna.
Sasza rozejrzał się po pomieszczeniu. Pod portretem „Wielkiego Kaczora” wciąż leżał kurdupel — teraz jeszcze mniejszy, jakby próbował zwinąć się w punkt i zniknąć z pola widzenia.
— A, co mi tam... — mruknął.
Podszedł wolno. But opadł ciężko. Nie musiał patrzeć na efekt. Sprawa była zamknięta.
...
Ale to nie koniec.
W lewym rogu ministerialnego gabinetu Sasza zauważył jeszcze jedno biurko. Już nie tak okazałe jak to ministerialne, a i fotel wyglądał na mniej wygodny. Na blacie leżał laptop — otwarty, jakby ktoś dopiero co odszedł od ekranu.
Sasza podszedł i zajrzał. Na monitorze widniała strona portalu "Salon24". Zaciekawiony zauważył, że ktoś właśnie o nim pisze. Jakiś rozdział, jeszcze niedokończony. Pochylił się i zaczął studiować.
Takiże nne tytuły, komentarze, westchnienia, znaki graficzne, czasami jakby nie po polsku, , a czasami nawet i bez sensu — wszystko to zaczynało układać się w pewien wzór.
Przeczytał jeszcze kilka komentarzy i pomyślał... Różni ludzie różnie piszą. Bo im się wydaje, że komentować muszą.
====================================
A teraz czas mi się skończył i natchnienie uciekło.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)