Na pożegnanie uciążliwych trolli na moich blogach używałem kiedyś prostego zwrotu: „Adiè Pepe”. Czyli: żegnam kogoś bez znaczenia.
Przez lata przewinęło się przez moje blogi wielu ludzi. Jedni przychodzili porozmawiać, inni się pospierać, jeszcze inni po prostu zaznaczyć swoją obecność.
Byli też tacy, którzy byli święcie przekonani, że bez ich komentarzy świat przestanie istnieć. Albo że bez nich przestanie błyszczeć. Przychodzili, żeby zabłysnąć własną „inteligencją”, aczkolwiek był to zaledwie błysk ich własnej głupoty.
Na takich nie warto było tracić czasu. Kiedy znikali, zwykle nawet tego nie zauważałem. Czasem jedynie mówiłem: „Adiè Pepe”. To wystarczało.
A teraz już tylko między nami. Odnoszę czasem wrażenie, że portale społecznościowe i blogowe są siedliskiem ludzi skrzywionych, zakompleksionych i pełnych pretensji do świata. Dla wielu z nich internet jest miejscem, w którym próbują nadrobić brak sukcesów w realnym życiu. To przestrzeń do wylewania żalów, frustracji i rozliczania całego świata z własnych niepowodzeń.
Im dłużej człowiek takie miejsca obserwuje, tym częściej dochodzi do wniosku, że niewielu autorów naprawdę warto czytać, a jeszcze mniej z nich warto poświęcać swój czas na dyskusję. Większość sporów nie służy bowiem poszukiwaniu prawdy ani wymianie myśli. Służy jedynie karmieniu własnego ego.
Z biegiem czasu przestałem się tym przejmować. Nie zaglądam już do miejsc, w których kiedyś bywałem regularnie. Nie śledzę swoich dawnych blokad ani nie sprawdzam, czy nadal figuruję na jakichś czarnych listach. Jeśli ktoś pyta o powód czyjegoś postępowania, najczęściej przychodzi mi do głowy najprostsza odpowiedź: „Bo tak mu się chce”.
To wyjaśnienie bywa zaskakująco trafne. Znacznie trafniejsze od rozbudowanych teorii, w których każdy konflikt jest wynikiem spisku, każda przykrość efektem wielkiego planu, a każde nieporozumienie starciem sił dobra i zła.
Czasem nie ma żadnej wielkiej filozofii. Jest tylko człowiek, klawiatura, odrobina próżności i internetowa publiczność.
A kiedy przedstawienie dobiega końca, nie pozostaje nic wartego zapamiętania. Co najwyżej krótki błysk, po którym szybko zapada ciemność.
Przykładu nie musiałem długo szukać.
Pod moim esejem „Rozważania ateisty” (na NEon24) pojawiła się wymiana zdań dwóch internetowych „katolickich intelektualistów”.
Pierwszy do mnie(!) napisał:
„Piszesz Pan: »Ateista nie musi udowadniać nieistnienia Boga«. Skoro tak twierdzi, to niech poda jakiś dowód na to, że Bóg, bogowie nie istnieją”.
Na co drugi „intelektualista” zwrócił się również bezpośrednio do mnie(!) słowami:
„No to zdecyduj się: Bóg czy bogowie?”
Brak zrozumienia,że autorem pierwszego komentarza nie byłem ja. Wystarczyło przeczytać dwa zdania ze zrozumieniem, aby to zauważyć.
I właśnie takie sytuacje najlepiej pokazują poziom niektórych internetowych dyskusji. Wielu komentujących nie polemizuje z tekstem. Nie polemizuje nawet z autorem. Polemizuje z własnym wyobrażeniem tego, co rzekomo przeczytał.
Odnoszę wręcz wrażenie, że sam fakt przeczytania tekstu jest dla części dyskutantów przeszkodą nie do pokonania. Gdyby przeczytali uważnie, nie mogliby potem z takim przekonaniem pisać bzdur.


Komentarze
Pokaż komentarze