52 obserwujących
230 notek
316k odsłon
161 odsłon

Sierakowski: "Śmierć to jedyna rzecz..."

Wykop Skomentuj17

Wielu z nas wie czym jest śmierć bliskiej osoby i wiemy, czym jest tragedia wielu ludzi naraz - media co dzień informują nas o jakiejś  zbiorowej katastrofie, gdzieś na świecie. Śledząc takie dramatyczne informacje, zdarzało nam się czuć dwuznacznie, gdy zdawaliśmy sobie sprawę, że hekatomba jest zawsze abstrakcyjna. Jakby ginęły liczby, a nie ludzie. Ale nigdy całe społeczeństwo nie mierzyło się ze śmiercią tylu osób, które w taki czy inny sposób znało z twarzy, imienia i nazwiska. Znów historia uczy nas szczególnej wiedzy o cierpieniu. Wiedzy, od której trudno zmądrzeć. Współczucie przerywają chwilę irytuacji. Jak naprawdę czujemy się, gdy teraz uświęcamy jeszcze niedawno krytykowanych i odwracamy symbole? Dlaczego stać nas dziś na pojednanie narodowe, a nie potrafiliśmy odpowiednio zachować się wczoraj? I czy nie powinniśmy dziś już wstydzić się za to, jak zachowamy się jutro? Czy musimy być zawsze narodem, którym rządzą trumny? Czy nie dlatego właśnie, że trzeba tragedii, abyśmy umieli wyjść na ulicę? Gdy otwieramy kościoły, dlaczego musimy zamykać teatry?

Ale miał rację Aldous Huxley: „Śmierć to jedyna rzecz, której nie da się  całkowicie zwulgaryzować”. W godzinie zbiorowych emocji narodu, który stracił swojego Prezydenta, staramy się  uczcić śmierć każdego z tragicznie zmarłych. Od siebie chciałbym pomóc zapisać w zbiorowej pamięci osobę Tomasza Merty. Był nauczycielem uniwersyteckim moim i moich najbliższych przyjaciół, z którymi na jego seminarium przeglądaliśmy świeżo odebrane z drukarni próbne wydruki pierwszego numeru „Krytyki Politycznej”. Założyliśmy pismo o ideach, bo też chcieliśmy być tacy, jak ci, których książki czytaliśmy razem z Mertą i jego przyjacielem Dariuszem Gawinem. Umieć rozmawiać o wielkich postaciach polskiej historii, tak jak oni, którzy przez lata w poniedziałki wieczorami dla kilku, kilkunastu osób prowadzili półprywatne seminarium „Polskie zmagania z historią”. To tam czuliśmy się wyróżnieni, że możemy czytać i rozmawiać o najważniejszych tekstach polskiej inteligencji, jakby były napisane wczoraj i dla nas.

Tomasz Merta chciał, żeby jego studenci znali i rozumieli nie tylko Miłosza, Herberta, Cywińskiego, Michnika, Tischnera, Janion, ale także Słonimskiego i Dmowskiego, Borowskiego i Wasiutyńskiego, Gombrowicza i Wyszyńskiego, Kuronia i Moczulskiego. Ale uczyliśmy się jeszcze czegoś więcej: ambicji i skromności, nie unikania konfliktu, ale szanowania przeciwnika, zajmowania wyraźnego stanowiska, ale szczerego zainteresowania poglądami drugiej strony. Umieć uczyć się od adwersarza. Nie za cenę letniości. I nie tylko pośmiertnie.

Merta był zbyt skromną osobą, by szukać go na pierwszych stronach gazet. I zbyt charyzmatyczną, by został kiedykolwiek zapomniany. Jemu udało się „być jak oni”. Był urzędnikiem-intelektualistą  przypominającym bardzo przedwojennego Jerzego Giedroycia, państwowcem-konserwatystą trochę na kształt Adolfa Bocheńskiego, człowikiem instytucji jak Adam Skwarczyński. Zrealizował swój cel, wybrał drogę „człowieka pracy państwowej”. Wyznawaliśmy od początku inne poglądy, ale mieliśmy wrażenie, że nas to uprzywilejowuje, bo więcej możemy się nauczyć, częściej dyskutować, bardziej się sprawdzić. Dziś opłakują go wszyscy, których uczył, i którzy z nim współpracowali. Nie sposób rozpoznać ich po poglądach, ale łatwo po postawach. Tomasz Merta idee wcielał w życie. Także w nasze życia.

Ostatni raz rozmawiałem z nim, prosząc by poprowadził w ramach „Uniwersytetu Krytycznego”, seminarium o sporach ideowych w Dwudziestoleciu międzywojennym. Zgodził się od razu, choć było jasne, że jest jednym z najbardziej zapracowanych ludzi w Polsce. Zajęcia miały zacząć się w tym roku.

Sławomir Sierakowski

Tekst ukazał się na www.krytykapolityczna.pl

Wykop Skomentuj17
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale