Było już ciemno, gdy wychodziłem z IMGW, w którym mieszkałem w środę. Nauczyłem się interpretować mapy pogody (gdybyście widzieli mojego lajfa o 20.30 ;) - wygląda na to, że nowy fach mam w ręku. Ale mojej K. pochwalić się nie mogłem, bo zamiast do domu musiałem ruszać w lubuskie, na coś na kształt seminarium.
Gdy wyruszałem, reszta uczestników była już na miejscu. Ostrzegli mnie, bym porzucił myśl o jeździe przez Łowicz, bo mnóstwo robót drogowych. Utwierdziło mnie to w i tak niemal podjętym zamiarze jazdy przez Rawę i Stryków do autostrady A2.
Warszawę przejechałem sprawnie, na gierkówce szło nieźle. W Rawie Mazowieckiej w prawo na Łódź i za chwilę stop! Roboty, mijanka, czerwone światło, ruch wahadłowy. Potem następne... pięć czy sześć tego było! Wreszcie Brzeziny, znów w prawo, do Strykowa tylko krok? Nie, szosa nietknięta od roku, wciąż ma 5,5 metra szerokości. Dwa tiry się nie miną, muszą niemal stawać i zjeżdżać na pobocze.
Te circa 40 km z Rawy do Strykowa zajęły mi godzinę. Tylko dlatego, że był późny wieczór - po południu jechałbym pewnie dwie albo trzy godziny. Pozostałe jeszcze od Strykowa 300 km z hakiem pokonałem sprawnie, ale wiem, co zapamiętam z tej drogi.
Piszę o tym nie w ramach raportu o sytuacji na drogach. Czasem mam wrażenie, że w Polsce tak już być musi. W każdej sferze - czy to drogi, czy koleje, bankowość czy handel spożywczy, turystyka czy służba zdrowia. Choćbyśmy się nie wiem jak postarali, choćbyśmy wydali krocie, choćby już było prawie pieknie - zawsze zostanie jakiś nieduży fragment, jak ten z Rawy do Strykowa, który wszystko zepsuje.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)