Długo gubiłem ogon ABW, upewniałem się, czy nie śledzi mnie CBA ani GRU, wreszcie dotarłem do mej tajnej skrzynki mailowej. A tam - zaszyfrowana kilobitowym kluczem wiadomość o incydencie, do jakiego doszło w Rumunii w 2005 r.
Bawiła tam wówczas delegacja polskich dziennikarzy sektora IT. W hotelu w małym miasteczku zebrało się kilka okazji, więc zabalowali do 5. rano. Przed 9. jeden z nich udawał się na zbiórkę przy autokarze, gdy w windzie spotkał bardzo starszą panią.
Po chwili wspólnej jazdy pani ozwała się płynną angielszczyzną - Pan musi być z Polski. - To właściwie nie było pytanie, lecz stwierdzenie faktu. Dziennikarz zamiast oczu miał dwa wielkie znaki zapytania, więc staruszka pospieszyła z wyjaśnieniem.
- Jestem Amerykanką. Podczas wojny [II - KL] byłam w Anglii i tam spotkałam polskich lotników. Oni tak samo pachnieli.
Zapach Polaka - zapach kaca? Cóż, mogłoby być gorzej.



Komentarze
Pokaż komentarze (20)