Do marszałka wpłynął dzisiaj list. Ni to protest, ni żart. Grupa posłów dwóch komisji, obrony i spraw zagranicznych, pyta, czy MON wprowadza pilotażowo nowe standardy postępowania z parlamentarzystami w budynkach administracji rządowej.
Wczoraj obie komisje urządziły wspólne posiedzenie w siedzibie Sztabu Generalnego. Gdy już oddali laptopy i komórki, co jest zwyczajem powszechnym - ujrzeli bramkę z wykrywaczem metalu i rentgen, jak na każdym lotnisku. Otoczeni przez kilkunastu żandarmów-antyterrorystów (ponoć ŻW ma taki oddział) musieli wyjąć wszystko z kieszeni. Choć rewizji osobistej nie było, część posłów poczuła się urażona, a Janusz Zemke z SLD odmówił przejścia przez bramkę i zrezygnował z udziału w posiedzeniu.
Takich ceregieli nie robią nawet w sztabie NATO, mówi jeden z posłów opozycji. Jak się dowiedziałem, Paweł Zalewski też był lekko zdumiony, ale listu nie podpisał.
Posłowie - zwłaszcza Tadeusz Iwiński - mogliby docenić, że nie było macania. Ale też rozumiem, że przyzwyczaili się do innego traktowania. W Sejmie nie są kontrolowani wcale i nie noszą identyfikatorów: każdy funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej ma obowiązek rozpoznawać wszystkich 560 parlamentarzystów! Pod groźbą, drobiazg, utraty pracy, gdyby chciał wylegitymować posła.
Łatwo powiedzieć! O kobietach, farbowaniu i fryzurach nie wspomnę - sam znam już z pięć wcieleń Anity Błochowiak. Z facetami niewiele łatwiej. Taki np. Edward Ośko lubi zapuścić włosy, które mu się chyba naturalnie kręcą. W zeszłym tygodniu wyglądał jak Shirley Temple w najlepszych jej latach. A wczoraj zjawił się ostrzyżony i znów przypomina swoją własną podobiznę na sejmowej stronie.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)